|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| Komunikaty: |
| Spółka poszukuje inwestorów zainteresowanych integracją rynku usług związanych z Oficjalnymi Serwisami Internetowymi i Biuletynami Informacji Publicznej Gmin i Powiatów : internet@samorzad.pl |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| Analiza wypełniania dyspozycji Ustawy o dostępie do infomacji |
Podczas monitoringu - przeprowadzonego przez Stowarzyszenie Bona Fides - sprawdzano, jak urzędy gmin wywiązują się z obowiązku udostępniania informacji publicznych, które są w ich posiadaniu, oraz jaka jest jakość prawa lokalnego regulującego te zagadnienia. Na tej podstawie stworzony został ranking przejrzystości gmin, dzięki któremu każdy mieszkaniec będzie mógł dowiedzieć się, jak prezentuje się jego urząd gminy na tle pozostałych urzędów województwa. W raporcie opisane zostało także, jak w praktyce wygląda udzielanie informacji publicznych w badanych jednostkach, dzięki czemu urzędom zainteresowanym poprawą swojego funkcjonowania łatwiej będzie wprowadzać pozytywne zmiany i unikać naruszania prawa.
Podczas prowadzenia monitoringu stowarzyszenie posłużyło się metodą tzw. tajemniczego klienta. Wolontariusze telefonujący do urzędów, wysyłający pisemne wnioski i e-maile prosili o informacje publiczne jako przeciętni Kowalscy. Dzięki temu można było sprawdzić, jak w gminach woj. śląskiego udzielana jest informacja publiczna i jak przestrzegana jest ustawa o dostępie do informacji publicznej.
Przy opracowywaniu wyników badania brane było pod uwagę przede wszystkim to, czy urzędy udostępniały żądane informacje. Poza tym sprawdzano jeszcze czas odpowiedzi na zadane pytania (przy wniosku pisemnym i elektronicznym), fakt zadawania bądź niezadawania pytań o interes prawny lub faktyczny (przy wniosku elektronicznym i przez telefon), a także ilość urzędników, z którymi byli łączeni wolontariusze podczas rozmów telefonicznych. W przypadku aktów prawa lokalnego brane były pod uwagę statuty oraz zarządzenia wójtów, burmistrzów i prezydentów regulujące dostęp do informacji publicznych, a także znajdujące się w Biuletynach Informacji Publicznej formularze wniosków o udostępnienie informacji.
Pierwsze miejsce w całym rankingu zajęły Goleszów i Olsztyn (po 33 pkt na 35 możliwych do uzyskania), dalej znalazły się Brenna i Godów (po 32 pkt), a za nimi sześć gmin, które uzyskało 31 pkt – Bobrowniki, Kamienica Polska, Pszów, Świnna, Wojkowice i Wyry. Zaskakujące jest to, że aż 8 pierwszych miejsc zajęły gminy wiejskie, a także brak w pierwszej dziesiątce miast na prawach powiatu. Dopiero jedenaste miejsce zajęły Gliwice i Tychy (po 30,5 pkt), a poza nimi z miast na prawach powiatu wśród najlepszych 25 urzędów znalazły się jeszcze tylko Częstochowa i Siemianowie Śląskie (14 miejsce).
Jeśli chodzi o gminy, które zajęły końcowe miejsca w sporządzonym rankingu, to znajdują się tu głównie gminy wiejskie, miejsko-wiejskie i miejskie, ale pomiędzy nimi znalazło się także jedno miasto na prawach powiatu – Katowice, które zajęło w całym zestawieniu 147 miejsce. Tak niska pozycja Katowic jest największą (negatywną) niespodzianką całego badania. Nie mogło się jednak stać inaczej, skoro katowicki urząd w ogóle nie odpowiedział na pytanie zadane drogą elektroniczną, nie chciał także udzielić odpowiedzi telefonicznie, a na wniosek pisemny odpowiedział częściowo, a do tego po przekroczeniu ustawowego terminu.
Ostatnie miejsce w całym zestawieniu przypadło Pszczynie, która nie odpowiedziała na ani jedno zadane pytanie i uzyskała ostatecznie 5 pkt. Poza urzędem w Pszczynie na żadne zadane pytanie przez telefon, na pisemny wniosek i elektronicznie nie odpowiedziały jeszcze 2 gminy: Kalety i Koniecpol, które uzyskały po 6 pkt. Wszystkie pozostałe jednostki, łącznie z Gaszowicami (164 miejsce) i Mierzęcicami (163 miejsce), udzieliły informacji na przynajmniej jedno z zadanych pytań.
Podczas monitoringu sprawdzano trzy sposoby udostępniania przez gminy informacji publicznych: na pisemny wniosek, telefonicznie oraz za pomocą poczty elektronicznej. Porównując uzyskane wyniki okazuje się, że najskuteczniejszą i najszybszą formą uzyskiwania informacji, szczególnie w mniejszych gminach, jest rozmowa telefoniczna (w 144 urzędach na 167 badanych uzyskano odpowiedź na zadane pytanie). Największą niedogodnością tego rozwiązania jest konieczność odpowiadania na wiele niezgodnych z prawem pytań o interes prawny lub faktyczny (m.in. o imię i nazwisko osoby dzwoniącej, o to gdzie mieszka, skąd dzwoni, do czego potrzebuje informacje, które chce uzyskać czy jaką reprezentuje instytucję).
Jeśli chodzi o uzyskiwanie informacji na pisemny wniosek i za pomocą poczty elektronicznej, to w obu przypadkach najłatwiej można było uzyskać żądane informacje w miastach na prawach powiatu. Porównując te dwa sposoby uzyskiwania informacji warto zauważyć, że z jednej strony większa ilość urzędów w ogóle zareagowała na pytania wysłane na piśmie, ale z drugiej strony, jak już gminy przysyłały informacje drogą elektroniczną, to z reguły robiły to znacznie szybciej niż pocztą tradycyjną.
Dla porównania warto nadmienić, że spośród 124 jednostek, które udzieliły przynajmniej częściowej odpowiedzi na pisemny wniosek, 15 (12%) udzieliło informacji w ciągu pierwszych 3 dni roboczych od wysłania pytania, a 48 (39%) po przekroczeniu ustawowego terminu udzielania informacji. Na pytanie wysłane drogą elektroniczną odpowiedziało 100 urządów, w tym 70 (70%) w ciągu pierwszych trzech dni roboczych, a tylko 2 (2%) po przekroczeniu ustawowego terminu 14 dni.
Udostępnianie informacji na pisemny wniosek
Na 167 badanych gmin 73 (44%) udzieliło odpowiedzi na wszystkie osiem pytań zadanych w pisemnym wniosku, 51 urzędów (30%) odpowiedziało na część zadanych pytań, 10 (6%) odpowiedziało na pismo, ale nie udzieliło żadnej informacji, a 33 (20%) w ogóle nie wysłało żadnej odpowiedzi.
Najczęstszą przyczyną nie udzielenia odpowiedzi na zadane pytania było odsyłanie do Biuletynu Informacji Publicznej bez podawania wskazówki, gdzie dokładnie szukaną informację można znaleźć.
W Knurowie, Mierzęcicach i Orzeszu nie udzielono odpowiedzi, a w przysłanym piśmie zażądano złożenia wniosku na formularzu udostępnianym przez urząd.
Urzędy w Gilowicach i Ślemieniu nie udzieliły odpowiedzi domagając się wskazania podstawy prawnej, w oparciu o którą wnioskodawca domaga się udzielenia informacji, oraz wskazania celu wykorzystania uzyskanych informacji.
Urząd Gminy w Mstowie poinformował w odpowiedzi na pismo, że, zgodnie z procedurami, we wniosku o udostępnienie informacji powinno znaleźć się wyjaśnienie do czego te informacje mają służyć.
Burmistrz Pszczyny, zamiast odpowiedzieć na pytanie, poinformował, który wydział i jednostka organizacyjna jest w posiadaniu żądanych informacji.
Spośród 124 urzędów, które przysłały odpowiedzi na pytania,76 (61%) udzieliło informacji w ustawowym terminie 14 dni, a 48 (39%) po przekroczeniu tego terminu. Najdłużej z odpowiedzią zwlekał urząd w Koszęcinie (odpowiedź została wysłana po 66 dniach), a kolejnymi gminami w tym zestawieniu są: Rudnik (63 dni), Kruszyna (59), Mysłowice (54), Kobiór i Rajcza (po 48).
Udostępnianie informacji na wniosek elektroniczny
Na 167 badanych gmin 100 (60%) odpowiedziało na pytania wysłane za pomocą poczty elektronicznej, 63 (38%) nie udzieliło informacji, a w czterech przypadkach (Kalety, Opatów, Sośnicowice, Zabrze) pomimo wysyłania e-maila na adres podany w BIP, do nadawcy przychodziła informacja, że podany adres poczty elektronicznej nie istnieje.
Spośród 100 urzędów, które przysłały odpowiedzi na pytania, 98 udzieliło informacji w ciągu 14 dni, a tylko 2 urzędy przekroczyły ustawowy termin udzielania informacji (Poręba udzieliła informacji w 23 dniu od wysłania pytania, a Kuźnia Raciborska w 28 dniu).
Udzielanie informacji publicznej przez telefon
Na 167 monitorowanych gmin 144 (86%) udzieliło informacji publicznej przez telefon, a 23 (14%) nie odpowiedziało na zadane pytanie.
W 47 urzędach (28%) nie zadano żadnego pytania o interes prawny lub faktyczny, w pozostałych gminach zadano od 1 do 2 pytań niezgodnych z prawem (66 urzędów – 40% wszystkich badanych) lub więcej (54 urzędy – 32%). Najczęściej były to pytania o imię i nazwisko osoby dzwoniącej, o to gdzie mieszka, skąd dzwoni, do czego potrzebuje informacje, które chce uzyskać i jaką reprezentuje instytucję.
Najwięcej pytań do osoby dzwoniącej – 8 – zadano w Zabrzu (w rezultacie nie udzielono żądanej informacji). Po 7 pytań zadano w Mierzęcicach i Rudzie Śląskiej, po 6 w Skoczowie i Ślemieniu, a 5 w Katowicach (tu także nie udzielono informacji).
Podczas badania sprawdzano także, z iloma urzędnikami łączony był klient, zanim skonatktowano go z osobą, która była odpowiedzialna za udzielenie informacji. Z największą ilością urzędników telefonujący wolontariusz rozmawiał w Katowicach, gdzie dopiero 7 osoba odmówiła udzielenia odpowiedzi na pytanie. W Dąbrowie Górniczej, Opatowie, Poczesnej, Rudzie Śląskiej i Zabrzu osoba dzwoniąca zanim otrzymała bądź nie uzyskała informacji, rozmawiała z 5 urzędnikami
Akty prawa lokalnego regulujące dostęp do informacji publicznej
Najczęstszą nieprawidłowością występującą w prawie lokalnym regulującym dostęp do informacji publicznych jest ograniczanie formy dostępu do informacji (np. zapis, że jedyną możliwością zapoznania się z żądanym dokumentem jest bezpośredni wgląd na terenie urzędu bez możliwości wykonania kserokopii). Zapisy ograniczające formy dostępu do informacji znaleziono aż w 130 (78%) badanych urzędach.
36 gmin (21% badanych) ma w lokalnej procedurze zapisany wymóg uzyskania zgody urzędnika na udostępnienie informacji publicznej.
19 urzędów (11%) przewiduje w przepisach prawa miejscowego pobieranie opłat za udostępnienie informacji publicznej. Najczęściej za kserowanie dokumentów i przeniesienie informacji na dysk CD i DVD, ale także np. za wysłanie pisma pocztą (Czeladź, Piekary Śłąskie, Czerwionka-Leszczyny), skanowanie dokumentów (Panki), wysyłanie informacji za pomocą poczty elektronicznej (Czerwionka-Leszczyny), a nawet za czas poświęcony przez urzędników na udzielanie informacji (Chorzów).
W 7 urzędach znajdują się zapisy dotyczące wymogu składania wniosku o informację publiczną na specjalnym formularzu opracowanym i udostępnionym przez urząd.
6 urzędów w przepisach prawa miejscowego wskazuje na niewłaściwy tryb odwoławczy w przypadku odmowy udostępnienia informacji publicznej.
W Dąbrowie Górniczej zapisano, że informacje publiczne udostępniane mają być dopiero po 7 dniach od daty ich zatwierdzenia.
W Kłobucku ograniczono zakres przedmiotowy prawa do informacji i uznano, że informacjami publicznymi są jedynie protokoły i rozstrzygnięcia rady miejskiej i jej komisji oraz zarządzenia burmistrza.
We Wręczycy Wielkiej i w Koszarawie prawo do uzyskania informacji publicznej przyznano tylko mieszkańcom tych gmin.
Podsumowując cały monitoring można stwierdzić, że mimo tego, że ustawa o dostępie do informacji publicznej obowiązuje już od ponad 7 lat, to większość podmiotów obowiązanych do udostępniania informacji publicznych nadal ma problemy z należytym wywiązywaniem się ze swoich obowiązków. Prowadzi to do tego, że obywatele, próbujący uzyskać z urzędów informacje publiiczne, nie są w stanie tego zrobić i nierzadko rezygnują z przysługujących im praw. |
|
| « powrót |
|
| Najlepszy w Polsce Wójt - Wójt Przyrowa - Niebawem kolejna edycja konkursu |
Z wielu rankingów ogłaszanych wśród samorzadowców, na uwagę zasługuje ranking organizowany co roku na najlepszego wójta w Polsce. Zbliża się kolejna edycja, tak więc przypominamy o poprzednim laureacie, którym jest Wójt Przyrowa:
Oto co na ten temat pisała Gazeta Wyborcza: Wójt Przyrowa: - Byłem zaskoczony zwycięstwem, bo Przyrów to najmniejsza gmina z tych, których wójtowie stanęli do konkursu. A opierał się on na SMS-ach telewidzów. Ile głosów dostałem - nie wiem. Tego się nie ogłasza - powiedział wczoraj "Gazecie" wójt Przyrowa.
W swojej gminie jest bardzo popularny - w ostatnich wyborach zdobył 83 proc. głosów.
Gala odbyła się w Nałęczowie, w pięknym pałacu Małachowskich. Patronat honorowym nad konkursem Wójt Roku objęli marszałek Senatu oraz minister rolnictwa i rozwoju wsi. Od początku konkursu patronuje mu Związek Gmin Wiejskich RP.
Dwie poprzednie edycje wygrały kobiety, w zeszłym roku Kazimiera Tarkowska z Kleszczowa. Nasz region przez trzy lata z rzędu reprezentował Jerzy Szydłowski z Lelowa. Tym razem zgłoszonych zostało 36 kandydatur. Spośród nich kapituła wybrała finałową dziesiątkę. W tym roku byli to sami mężczyźni.
Nowak był najmłodszym spośród nich. Ma 39 lat, a od dziewięciu szefuje w swojej gminie. W zeszłym roku do wodociągów i kanalizacji dołożył przebudowę rynku w Przyrowie.
Jako Wójt Roku otrzymał - oprócz tytułu - specjalną statuetkę wykonaną przez kowala z Wojciechowa Romana Czernieca. - W poniedziałek statuetka w kształcie podkowy z wpisaną różą stanie na moim biurku - dodaje Nowak. - I zabiorę się do dalszej pracy. Cały układ urbanistyczny centrum Przyrowa jest wpisany do rejestru zabytków. Mamy więc nadzieję uzyskać teraz 500 tys. unijnej dotacji na rewitalizację przylegających do rynku uliczek. Liczę na to, że mój sukces, jako sukces całej gminy, pomoże nam w zdobywaniu środków. Że to dość mocny argument w promocji gminy.
(za www.gazeta.pl Gazeta Wyborcza Częstochowa)
|
|
| « powrót |
|
| Zastraszają Świadka w sprawie Prezydenta Olsztyna |
Kobieta, która twierdzi, że została zgwałcona przez prezydenta Olsztyna Czesława Małkowskiego, poinformowała prowadzącą śledztwo prokuraturę, że czuje się zastraszana poprzez nasyłanie na nią kontroli skarbowej i ZUS.
Kobieta, która złożyła w śledztwie dotyczącym seksafery z udziałem prezydenta Olsztyna obciążające go zeznania twierdzi, że dzień przed wypuszczeniem Małkowskiego z aresztu (tj.25 września) do ratusza, gdzie pracuje, przyszło dwóch kontrolerów Urzędu Kontroli Skarbowej, informując ją, że kontroli zostanie poddany jej majątek z 2007 roku.
- W szczególności interesowało ich, skąd miałam pieniądze na kupno domu, pytali także o niewykazane źródła dochodu - powiedziała w sobotę kobieta.
Dodała, że kontrolerzy byli świetnie poinformowani o tym, kiedy podpisała akt notarialny oraz o kredycie, który zaciągnęła na kupno domu.
- Uważam, że mój majątek został prześwietlony, zanim ci panowie do mnie przyszli - powiedziała. Dodała, że jej przełożeni w ratuszu nie zgodzili się, by rozmowę z kontrolerami UKS odbyła ona w miejscu pracy.
- Dlatego poszłam z mężem do siedziby UKS. Gdy po złożeniu wyjaśnień zapytałam czemu zawdzięczam kontrolę usłyszałam, że jest to polecenie naczelnika Urzędu, który ma do tego prawo. Ale jeden z nich dodał: "poza tym my czytamy gazety" - twierdzi kobieta.
Jej zdaniem kontrola UKS była tym bardziej nieprzypadkowa, że kilka dni wcześniej została wezwana przez olsztyński ZUS w sprawie rozliczenia działalności gospodarczej, którą prowadziła przed dziewięcioma laty.
- Zdumiało mnie, że z takim opóźnieniem dokonywane są kontrole przez ZUS - powiedziała kobieta.
W rozmowie kobieta zaznaczyła, że ponieważ obu kontrolom została poddana w tygodniu, w którym został z aresztu zwolniony Małkowski, poinformowała o nich - pisemnie i telefonicznie - prowadzącą śledztwo w sprawie seksafery Prokuraturę Okręgową w Białymstoku.
Szef tej prokuratury Tadeusz Marek odmówił w sobotę komentarza w sprawie.
- Odbieram ostatnio dość często głuche telefony; uważam, że to co się dzieje jest formą wywierania na mnie presji, szykanowania mnie. W dniu, w którym Małkowski wyszedł na wolność, wykupiłam polisę na życie - powiedziała kobieta.
Jej pełnomocnik mecenas Andrzej Rogoyski także uważa serię kontroli, jakim została poddana jego klientka, za nieprzypadkową. - Uważam, że kontrolę finansów związaną z kupnem domu powinien przeprowadzić urząd skarbowy, a nie UKS, powszechnie zwany policją podatkową. Poza tym cała ta kontrola wydaje mi się dziwna, bo sto procent kosztów kupna domu moja klientka pokryła z kredytu bankowego. Wymowny był także komentarz kontrolującego o czytaniu gazet - uważa Rogoyski.
Do tej pory nie udało się skontaktować z przedstawicielami ZUS i UKS. Na łamach sobotniej "Gazety Olsztyńskiej", która poinformowała o kontroli UKS, dyrektor tego urzędu Czesław Kalinowski powiedział, że kobieta została poddana "rutynowej kontroli, która wynika z analizy wydatków i dochodów podatników. A to, że kontrolę wszczęto na dzień przed wyjściem pana Małkowskiego z aresztu, to czysty przypadek.
W sobotę nie udało się skontaktować z obrońcami Czesława Małkowskiego. On sam od wyjścia z aresztu nie rozmawia z mediami. O molestowanie urzędniczek i gwałt na jednej z nich, ciężarnej, prezydenta Olsztyna oskarżyła w styczniu "Rzeczpospolita". Po serii publikacji olsztyńska prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo, które następnie - by uniknąć podejrzeń o stronniczość - zostało przekazane do Białegostoku.
Na wniosek Prokuratury Okręgowej w Białymstoku 14 marca Małkowski został tymczasowo aresztowany. Areszt białostocki sąd uzasadnił obawą matactwa i grożącą Małkowskiemu surową karą.
Małkowski został zwolniony z aresztu 26 września przez Sąd Okręgowy w Olsztynie, który uznał, że obawa matactwa ustała. Zakazał jednak Małkowskiemu kontaktowania się z poszkodowanymi kobietami, kierowania ratuszem, zakazał opuszczania kraju i poddał go dozorowi policyjnemu.
Prokuratura Okręgowa w Białymstoku nie ujawnia szczegółów sprawy, odmawia nawet podania liczby poszkodowanych. Zanim Małkowski został aresztowany kategorycznie zaprzeczał molestowaniu urzędniczek i zgwałceniu którejkolwiek z nich.
Ponieważ pomimo licznych apeli radnych Małkowski nie zrzekł się urzędu na wniosek rady miasta 16 listopada w Olsztynie odbędzie się referendum w sprawie przedterminowego odwołania Małkowskiego ze stanowiska.
(za www.interia.pl) |
|
| « powrót |
|
| Tablica reklamowa na Urzędowej stronie |
| Prezentujemy tablicę reklamową na Urzędowej Stronie Starostwa w Nowej Soli, za pieniądze publiczne, realizowana jest kryptoreklama kilku firm, ukryta w adresach internetowych i adresach email, inter alie: computerland, wp, onet, alte, interia, etc. Zachęcamy do znajdowania kryptoreklam, coś co w krajach Unii Europejskiej skończyłoby się wielką aferą, u nas nikogo nie dziwi..., a przecież takie działania naruszają nie tylko, podstawowe zasady lege artis, ale również - ad exemplum: ustawę o zakazie nieuczciwej konkurencji, etc. Oto link do oficjalnego serwisu: http://www.powiat-nowosolski.pl/index.php?id=33&atr=2&lng=pl |
|
| « powrót |
|
| Gmina Żarki na 51 miejscu wśród 167 ocenianych gmin w województwie śląskim |
Biuletyny Informacji Publicznej wszystkich gmin z terenu województwa śląskiego zostały poddane ocenie dokonanej przez grupę specjalistów. Gmina Żarki znalazła się na 51 pozycji wśród 167 ocenianych samorządów. Wśród gmin miejsko - wiejskich i miejskich zajęła 23 miejsce. W kategorii informowania o urzędzie Żarki mają 18 miejsce. Oznacza to, iż gmina Żarki stara się w pełni przejrzyście informować na temat działań podejmowanych przez Burmistrza i Radę Miejską w Żarkach.
Raport dotarł do Urzędu Miasta i Gminy Żarki w dniu 17 kwietnia. Jak czytamy w nim „jest wynikiem monitoringu przeprowadzonego we wszystkich 167 gminach województwa śląskiego przez Katowicką Grupę Obywatelską, działającą przy Stowarzyszeniu Bona Fides, w okresie październik – grudzień 2007 r. Badanie prowadzone było w ramach pilotażowego projektu „Przyjazny BIP” finansowanego ze środków Fundacji im. Stefana Batorego. Celem projektu było dokonanie przeglądu i analizy stron BIP, prowadzonych przez urzędy gmin w woj. śląskim, pod względem zawartości, funkcjonalności i formy prezentacji. Na tej podstawie stworzony został zestaw dobrych i złych praktyk udzielania informacji publicznych w BIP oraz ranking gmin, dzięki któremu każdy mieszkaniec będzie mógł dowiedzieć się, jak prezentuje się jego urząd gminy na tle pozostałych urzędów województwa. Celem wszystkich ww. działań jest podniesienie jakości i przejrzystości biuletynów informacji publicznej prowadzonych przez jednostki samorządu gminnego. Badanie realizowane było za pomocą specjalnego narzędzia, które składało się z 92 pytań pogrupowanych w 8 obszarów tematycznych. W pierwszym obszarze znalazły się pytania związane z funkcjonowaniem rady gminy, a w kolejnych z: funkcjonowaniem urzędu gminy, prawem lokalnym, finansami gminy, ogłoszeniami urzędu, oświadczeniami majątkowymi, organizacją BIP i e-urzędem.” - Szczególnie w raporcie podoba się mi zestaw dobrych i złych praktyk. Na podstawie analizy przykładów jeszcze ulepszymy nasz BIP na stronie – informuje burmistrz Klemens Podlejski.
|
|
| « powrót |
|
| Został Wójtem bo kupował głosy. Teraz dostał wyrok |
Na pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata skazał sąd Zbigniewa C. Były wójt gminy Bartoszyce został uznany winnym nakłaniania do wręczenia korzyści majątkowej w zamian za oddanie na niego głosu w ostatnich wyborach samorządowych. Wyrok nie jest prawomocny. Prokurator żądał dla C. ośmiu miesięcy w zawieszeniu na trzy lata. Sąd wziął jednak pod uwagę, iż oskarżony nie był wcześniej karany. Dodatkowo były wójt ma zapłacić 1200 zł grzywny i pokryć część kosztów procesu. Prokurator domagał się też pięcioletniego zakazu zajmowania stanowisk w samorządzie, jednak sąd nie zdecydował się na taką karę. — Sama kara w zawieszeniu jest już dostatecznie dotkliwą sankcją — powiedział sędzia Bartosz Szlachta. — Zakaz byłby celowy, gdyby oskarżony dopuścił się takiego czynu w związku z pełnioną funkcją. Sąd potraktował go jednak jako kandydata na wójta i tym zakresie sprawa się rozgrywała. Zbigniew C. został skazany za aferę podczas wyborów samorządowych w 2006 roku. Był wówczas wójtem gminy Bartoszyce i kandydował na kolejną kadencję. Bomba wybuchła, gdy część mieszkańców wsi Borki powiadomiła policję, że kobieta ze wsi daje po 10 zł osobom, które będą głosowały na wójta. Chodziło o Wiolettę P. Kobieta tuż po swoim zatrzymaniu najpierw nie przyznała się do winy, następnie w części przyznała się do wręczenia kwot po 10 zł, nie wspominając o osobie oskarżonego. Dopiero gdy prokurator wystąpił o tymczasowy areszt, Wioletta P. opowiedziała o roli wójta i przyznała się do zarzutów. W czerwcu ubiegłego roku została skazana na rok więzienia w zawieszeniu na cztery lata oraz grzywnę. Zbigniew C. ogłoszenie wyroku przyjął ze spokojem, nie chciał go jednak komentować. — Nie zrobię tego, póki jest nieprawomocny — stwierdził krótko.
|
|
| « powrót |
|
| Indeks przejrzystości Biuletynów Informacji Publicznej gmin woj. śląskiego |
W połowie kwietnia opublikowany został raport: Indeks przejrzystości Biuletynów Informacji Publicznej gmin woj. Śląskiego, który jest wynikiem monitoringu przeprowadzonego we wszystkich 167 gminach województwa przez Katowicką Grupę Obywatelską, działającą przy Stowarzyszeniu Bona Fides, w okresie pazdziernik - grudzień 2007 r. Badanie prowadzone było w ramach pilotażowego projektu Przyjazny BIP finansowanego ze środków Fundacji im. Stefana Batorego. Podczas monitoringu dokonano przeglądu i analizy stron BIP, prowadzonych przez urzędy gmin w woj. śląskim, pod względem zawartości, funkcjonalności i formy prezentacji. Na tej podstawie stworzony został zestaw dobrych i złych praktyk udzielania informacji publicznych w BIP oraz ranking gmin, dzięki któremu każdy mieszkaniec będzie mógł dowiedzieć się, jak prezentuje się jego urząd gminy na tle pozostałych urzędów województwa. Bez zaangażowania i dobrej woli urzędów byłoby to niezmiernie trudne do zrobienia, tym bardziej cieszy więc pozytywny odzew z prawie 30 gmin, jaki napłynął do stowarzyszenia po przesłaniu do konsultacji wstępnych wyników badania oraz wprowadzenie zmian w kilkunastu biuletynach już w przeciągu pierwszych dwóch tygodni od otrzymania informacji na temat monitoringu. Podkreślić należy, że monitoring prowadzony był w okresie październik grudzień 2007 r. i wszystkie prezentowane w raporcie dane dotyczą tego okresu. Jeśli więc jakaś gmina w późniejszym terminie zaktualizowała swój BIP lub wprowadziła do niego nowe informacje, to nie zostało to wzięte pod uwagę i nie ma wpływu na prezentowane w raporcie wyniki. Badanie realizowane było za pomocą specjalnego narzędzia, które składało się z 92 pytań pogrupowanych w 8 obszarów tematycznych. W pierwszym obszarze znalazły się pytania związane z funkcjonowaniem rady gminy, a w kolejnych z: funkcjonowaniem urzędu gminy, prawem lokalnym, finansami gminy, ogłoszeniami urzędu, oświadczeniami majątkowymi, organizacją BIP i e-urzędem. Podkreślić należy, że podczas monitoringu nie ograniczono się jedynie do sprawdzania, czy w BIP umieszczane są dokumenty, których publikowanie nakazane jest przez prawo. Duża część pytań odnosi się do zagadnień, które nie muszą być przez gminy publikowane, ale według autorów narzędzia powinny znajdować się w biuletynach, gdyż dotyczą informacji ważnych z punktu widzenia mieszkańców. Więcej informacji na temat narzędzia i sposobu prowadzenie monitoringu przeczytać można w rozdziale pierwszym, dotyczącym metodologii. W rozdziale 2 omówione zostały ogólne wyniki badań. Można tu przede wszystkim zapoznać się z listą gmin, których BIP w całym monitoringu okazały się najbardziej przejrzyste i otrzymały najwięcej punktów oraz z wykresem przedstawiającym urzędy najmniej przyjazne użytkownikom, z najniższą liczbą uzyskanych pozytywnych ocen. Poza tym można tu także przeczytać, w jakich jednostkach znaleziono najwięcej dobrych praktyk udzielania informacji publicznych oraz zapoznać się z najczęściej spotykanymi problemami występującymi w monitorowanych biuletynach. Rozdziały od trzeciego do dziesiątego zawierają podsumowanie badania w każdym z ośmiu monitorowanych obszarów. Tutaj także umieszczone zostały rankingi gmin, które w danym obszarze uzyskały najlepsze i najgorsze wyniki oraz dobre i złe praktyki publikowania informacji w BIP. W podsumowaniu znalazło się krótkie streszczenie całego monitoringu, w którym przypomniane są najważniejsze informacje uzyskane podczas badania . W załączniku 1 umieszczone zostały wybrane przepisy prawa, regulujące dostęp do informacji publicznej w naszym kraju, począwszy od art. 61 Konstytucji RP poprzez ustawę o dostępie do informacji publicznej i kilka innych ustaw aż po rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie Biuletynu Informacji Publicznej. Załącznik 2 zawiera spis wszystkich wykresów znajdujących się w raporcie, a w kolejnych załącznikach znalazł się wykres przedstawiający wyniki, jakie uzyskała każda ze 167 monitorowanych gmin oraz zestawienia urzędów w rozbiciu na trzy kategorie: miasta na prawach powiatu, gminy miejskie i miejsko wiejskie oraz gminy wiejskie. Katowicka Grupa Obywatelska jest niezależną inicjatywą obywatelską działającą przy Stowarzyszeniu Wzajemnej Pomocy BONA FIDES, której głównym celem działalności jest rozwój społeczeństwa obywatelskiego i podnoszenie jakości życia publicznego w Polsce. Szczegółowymi celami działalności grupy są: edukacja w zakresie praw człowieka, a w szczególności praw obywatelskich, zwiększenie dostępu do informacji publicznej, Przejrzystość życia publicznego, kontrola wydatków publicznych, przeciwdziałanie korupcji w instytucjach publicznych. Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy
BONA FIDES
ul. Warszawska 19 (I piętro)
40-009
Katowice
tel./fax: 032 203 12 18
email:
biuro@bonafides.pl
www.bonafides.pl
|
|
| « powrót |
| Kary dla Hebdy |
|
|
Adam K. przez 16 lat był wójtem gminy Kąkolewnica Wschodnia (powiat radzyński). Stanowisko stracił dopiero po przegranych wyborach samorządowych w 2006 roku. Rok później postanowił sprawdzić się jako polityk parlamentarny - wystartował z listy Platformy Obywatelskiej w wyborach do sejmu. I tym razem nie zyskał zaufania wyborców. Dostanie się na listy PO ułatwiła mu nie tylko długoletnia kariera samorządowa, ale i bogata karta opozycyjna w PRL. W "Solidarności" był od momentu jej powstania, w demokratycznej Polsce zasilił szeregi Akcji Wyborczej Solidarności.
O problemach z prawem Adama K. po raz pierwszy napisał tygodnik "Wspólnota Radzyńska". Dziennikarze ujawnili, że były polityk AWS dwukrotnie ukradł buty w sklepie CCC w Radzyniu Podlaskim.
Pierwszy raz - 21 marca. Według naszych ustaleń tłumaczył się, że obuwie, które uprzednio kupił nie pasowało mu. Przyszedł więc, aby je zwrócić, ale obsługa sklepu uzależniała zwrot pieniędzy od okazania paragonu. K. postanowił, więc że sam "wymieni" buty na inne. Wpadł, bo pracownicy sklepu zorientowali się, że wchodząc do sklepu miał pustą reklamówkę, przy wyjściu miał w rękach już pełną siatkę. To wzbudziło podejrzenia obsługi, która zaraz potem znalazła opróżnione pudełko na męskie półbuty, warte niecałe 80 zł. O kradzieży powiadomiła policję.
O tym czy K. zostanie ukarany zadecyduje Wydział Grodzki Sądu Rejonowego w Radzyniu.
Niedoszłego posła PO to jednak nie wystraszyło, bo odwiedził CCC po raz kolejny, 10 dni po swojej ostatniej wizycie. Jak wynika z relacji sprzedawczyń, polityk obejrzał buty i wyszedł. Po około godzinie wrócił do sklepu. W momencie, kiedy wychodził, ekspedientka zauważyła, że Adamowi K. zza połów płaszcza wystają czarne sznurówki. Okazało się, że zginęły buty chłopięce za 49,99 zł. Policja ukarała byłego wójta mandatem karnym kredytowanym. Adam K. uregulował dług w sklepie, oddając 129,98 zł (zapłacił i za poprzednio skradzioną parę). Chcieliśmy zapytać K. o całą sprawę, ale wczoraj nie odbierał komórki.
Poseł Stanisław Żmijan, odpowiadający za kształt listy wyborczej PO w okręgu, w którym w 2007 roku startował K, twierdzi że nic nie wie o kradzieżach byłego wójta. - Od pana się o tym dowiaduję. K. po przegranych wyborach parlamentarnych wycofał się z życia publicznego. Nie jest członkiem Platformy - zapewnia Żmijan. - Kiedy układaliśmy listy kandydatów do parlamentu, nie wiedzieliśmy nic o skłonnościach Adama K. do kradzieży - podkreśla poseł.
|
|
| « powrót |
|
| Tenis strażacki |
W Mszczonowie rozegrano pierwszy Gminny Turnieju Strażacki w Tenisie Stołowym o Puchar Burmistrza Miasta. Uczestniczyło w nim 26 strażaków ochotników. Zaproszenie do wzięcia udziału w gminnej rywalizacji przyjęli druhowie z: OSP Piekary, OSP Zbiroża i OSP Mszczonów. Zawody odbyły się 19 kwietnia w hali sportowej Ośrodka Sportu i Rekreacji przy ulicy Szkolnej. Pierwszym zwycięzcą w turnieju tenisowym, który od tego roku ma już na stałe wejść do kalendarza gminnych imprez sportowych, został Grzegorz Siedlecki z mszczonowskiej Ochotniczej Straży Pożarnej. Drugie miejsce wywalczył Robert Rylski z OSP Zbiroża, a na trzeciej pozycji znalazł się Artur Lenc- także z OSP Mszczonów. Z racji na nierówną liczbę zawodników reprezentujących poszczególne strażackie jednostki nie przeprowadzono rywalizacji drużynowej, a jedynie indywidualną. Puchar Burmistrza Miasta Mszczonowa dla najlepszego strażackiego tenisisty wręczyli wspólnie- Mieczysława Korzonkowska z Urzędu Miejskiego oraz druh Janusz Legięcki – prezes OSP Mszczonów. Zawody zorganizował i prowadził druh Waldemar Suski.
Strażacy najwyraźniej rozsmakowali się w sportowej rywalizacji, gdyż na wrzesień zaplanowali już zorganizowanie kolejnego halowego turnieju. Tym razem w piłce nożnej. Oczywiście w czerwcu odbędą się także tradycyjne zawody pożarnicze, które od kilku lat przeprowadzane są na terenach sportowych w Osuchowie. |
|
| « powrót |
| Drodzy Czytelnicy, zapraszam do wspólnego dzieła |
|
|
|
Oddajemy do Waszych rąk pierwszy numer „Gazety Wójta i Burmistrza” – czasopisma adresowanego do najważniejszej w Polsce grupy samorządowców: gospodarzy gmin, miasteczek, powiatów. Wśród wielu zdobyczy przełomu ustrojowego roku 1989 oddanie władzy obywatelom i uczynienie ich rzeczywistymi włodarzami naszych „małych ojczyzn” było bodaj najdonioślejszym i najbardziej udanym aktem polskiej transformacji. Odkąd sprawy Polaków zeszły na właściwy, gminny szczebel zarządzania, wzrosło poczucie odpowiedzialności za nasz codzienny, teraźniejszy byt i perspektywy przyszłości. Po prostu – więcej zależy dziś od nas samych niż od mitycznej „centrali”. Wzrosło poczucie wartości ludzi, gminami zarządzają dziś ludzie kompetentni, wykształceni i świadomi zadań, jakie stawiają przed nimi współobywatele.Zdajemy sobie sprawę, jak duża jest to odpowiedzialność i jak trudno sprostać wszystkim oczekiwaniom lokalnej społeczności. Rządzenie oznacza często sztukę kompromisu, gdzie na jednej szali ustawiono wysokie aspiracje obywatelskie, a na drugiej – ludzkie możliwości, z definicji: ograniczone. Bez szerokiej współpracy wszystkich środowisk: świata pracy, lokalnej inteligencji, przedsiębiorców, osiągnięcie wystarczającego stopnia społecznego zadowolenia jest niemal niemożliwe. Jest rzeczą ważną, aby między współobywatelami trwał nieustanny dialog, wymiana poglądów i doświadczeń, twórcza dyskusja. Temu właśnie służą lokalne media, głos opinii publicznej, słyszalny w najmniejszych nawet siołach i miasteczkach. Chcemy dla Państwa pełnić tę rolę – rolę swoistego łącznika między środowiskami. Będziemy na naszych łamach prezentować najważniejsze, wzorcowe dokonania najlepszych samorządów, wspierać pożyteczne inicjatywy administracyjne i gospodarcze, służyć radą i wskazówkami. Przede wszystkim jednak chcemy, aby Polska samorządowa jak najlepiej poznała się wzajemnie i nauczyła korzystać z własnych doświadczeń. Z naszych łamów będzie można także dowiedzieć się o najnowszych pomysłach krajowych i brukselskich parlamentarzystów, dotyczących spraw samorządowych. Postaramy się przybliżyć meandry trudnej sztuki pozyskiwania unijnych funduszy, wskazać pułapki, jakie czyhają na początkujących beneficjentów rozmaitych środków pomocowych. Mówiąc wprost – chcemy być mądrzy mądrością naszych Czytelników, dlatego już dziś zapraszam do ścisłej współpracy z redakcją i nadsyłania własnych pomysłów na dobrą, gospodarną gminę.
Znam wagę takich dobrych, poprawnych relacji na linii samorząd – obywatel, być może dlatego, że sam boleśnie doświadczyłem na sobie ich brak. Jak zapewne Państwo pamiętają, w roku 2004 byłem jedynym dziennikarzem w Europie, skazanym na karę bezwzględnego więzienia za krytykę władzy gminnej. Sprawa Andrzeja Marka, redaktora z Polic, odbiła się dużym echem po krajowych i światowych mediach, by po latach znaleźć swój finał przed Trybunałem w Strasburgu. W trakcie procesu spotykałem się z wieloma oznakami życzliwości i solidarności – także ze strony polskich samorządowców, doceniających wartość wolnego słowa. Owocem tamtych, niełatwym dla mnie dni, jest kilka wspaniałych przyjaźni z ludźmi, z którymi warto budować praworządną i samorządną Polskę. Bogatszy o te doświadczenia, przystępuję dziś do redagowania czasopisma, które ma łączyć, a nie dzielić wszystkie środowiska, skłonne budować Polskę lepszą i bardziej sprawiedliwą. Po prostu – normalną.
Liczę na Państwa pomoc w tym dziele.
redaktor naczelny
Andrzej Marek |
|
| « powrót |
| Super Wójt Waldy Dzikowski |
| W cyklu prezentacji samorządowców, którzy odnieśli znaczące sukcesy zarówno na niwie samorządowej, jak i gospodarczej prezentujemy sylwetkę znanego w kraju polityka lokalnego – Waldy Dzikowskiego. Zasłynął jako znakomity gospodarz i twórca prosperity Tarnowa Podgórnego, a dziś kontynuuje karierę jako poseł RP. |
|
|
|
Urodził się 23 lipca 1959 r. we Wschowie. Absolwent Politechniki Poznańskiej. Ukończył studia magisterskie na Wydziale Chemii. Po studiach w latach 1983 - 1990 pracował na stanowisku asystenta w Poznańskim Instytucie Obróbki Plastycznej. Od 1990r. przez 11 lat pełnił funkcję wójta Tarnowa Podgórnego. Przez te lata Tarnowo Podgórne z małej prowincjonalnej, podpoznańskiej gminy przeobraziło się w prężny ośrodek przemysłowo-biznesowy. W 1997 r. został laureatem plebiscytu na „Wielkopolskiego Wójta Roku”
W roku 2000 otrzymał także wyróżnienie, które ceni sobie w sposób szczególny-Nagrodę im. Ks. Wawrzyniaka. Tego samego roku został także mianowany prezesem Klubu Sukcesu Lokalnego przez Europejski Instytut Rozwoju Regionalnego i Lokalnego Uniwersytetu Warszawskiego. W roku 1998 został wybrany radnym Sejmiku Samorządowego Województwa Wielkopolskiego. W Sejmiku był m.in.: przewodniczącym Komisji Współpracy Regionalnej i Zagranicznej.
W swojej karierze publicznej przeszedł przez wszystkie etapy działalności samorządowej, a obecnie jest posłem na Sejm RP . W działalności partyjnej - jest wiceprzewodniczącym Platformy Obywatelskiej RP, a także przewodniczącym regionu PO wybranym na zjeździe regionu wielkopolskiego PO. |
|
| « powrót |
|
| Znany aktor broni burmistrza Helu |
| Mieszkańcy Helu żądają przywrócenia do pracy Mirosława Wądołowskiego, burmistrza zatrzymanego pod zarzutem korupcji. Po jego wyjściu z aresztu do sądu posypały się petycje o przywrócenie go do pracy. Apelowali samorządowcy z kilku sąsiednich gmin, ksiądz proboszcz, a także aktor Olgierd Łukaszewicz, który niedawno kupił mieszkanie na Helu. |
|
O Mirosławie Wądołowskim, 51-letnim burmistrzu Helu, cała Polska usłyszała 1 października ubiegłego roku. Podczas akcji CBA został zatrzymany tego samego dnia, co posłanka PO Beata Sawicka. Biuro twierdzi, że za obietnicę ustawienia przetargu burmistrz przyjął zegarek Omega wart ok. 8 tys. zł i teczkę ze 150 tys. zł.
Wądołowski zapewnia, że nie znał wartości zegarka, a o teczce myślał, że są w niej materiały promocyjne. Utrzymuje, że jest niewinny i padł ofiarą prowokacji CBA. „Gazecie Wyborczej” i lokalnym mediom udzielił obszernych wywiadów. Prokuratura ciągle bada sprawę. Po akcji CBA został aresztowany, ale w grudniu wyszedł na wolność. Warunkiem była kaucja – 200 tys. zł, cotygodniowe stawianie się w komisariacie w Pucku oraz zawieszenie działalności jako burmistrza. To właśnie niesprawowanie władzy okazało się dla niego najbardziej uciążliwe. Przed świętami Bożego Narodzenia w lokalnym dwutygodniku „Helska Bryza” wystosował do mieszkańców życzenia: „Dwa poprzednie miesiące to koszmar, o którym chciałbym zapomnieć jak najszybciej. (…) Czekam, kiedy cała Polska dowie się, że burmistrz Helu jest osobą niewinną i zostaną przywrócone mi cześć, szacunek i dobre imię”.
Latem wystawiał monodram w siedzibie straży, teraz działania CBA przypomniały mu „Proces” Kafki.
W sprawie „odwieszenia” burmistrza wypowiedziała się Rada Miasta. Mnożyła argumenty. Od domniemania niewinności przez znakomitą ocenę dotychczasowej pracy po przyznany mu przez Prezydenta RP Złoty Krzyż Zasługi. Radni sięgnęli nawet po argument, że skoro działki, za którą miał wziąć łapówkę, nie ma w planie sprzedaży na ten rok, burmistrz nie ma mo-żliwości jej spieniężyć.
Prężne działania znalazły odzew w mediach. „Gazeta Wyborcza” opublikowała nawet artykuł zatytułowany „Hel broni burmistrza”.
Hel to urokliwe miasteczko, liczy niewiele ponad 4 tys. mieszkańców – w dużej części byłych wojskowych, rybaków i ich rodzin. Jego atutem jest położenie na cyplu i letnia turystyka. Mirosław Wądołowski przyjechał na Hel wraz z żoną ponad 20 lat temu. W szkole podstawowej uczył dzieci chemii. W 1989 r. został dyrektorem szkoły w pobliskiej Kuźnicy, a po sześciu latach wrócił na Hel, ale już jako dyrektor zespołu szkół ogólnokształcących. W 1998 r. kandydował na stanowisko radnego i przez radę miasta został wybrany na burmistrza. Należał do Unii Wolności, choć nigdy nie był pierwszoplanowym działaczem. Jednak jego członkostwo w partii wystarczyło, by w dobie rządów koalicji AWS – UW Hel odwiedzali znani posłowie. Za nimi ciągnęły media, popularyzując miasto. W ostatnich wyborach Wądołowski wygrał bezapelacyjnie, gdyż zdobył aż 58 proc. głosów już w pierwszej turze. Jego komitet Morskie Przymierze Hel 2020 i Wądołowski zdobył 13 na 15 miejsc w Radzie Miasta. Na dodatek dwie osoby wybrane z innych list po wyborach przyłączyły się do Przymierza. – Teraz mamy jeden klub – cieszy się Edward Mrozik, przewodniczący miejskiej rady.
Wiele osób ceni burmistrza. – Wszyscy są tu przyjaźnie nastawieni. Staramy się wspólnie działać dla dobra miasta – charakteryzuje atmosferę w Helu Weronika Nowara, dyrektor szpitala wojskowego, któremu miasto często pomaga, np. w instalacji oświetlenia, w drobnych remontach.
Wądołowskiemu sympatię zaskarbiało to, że był ludzki. – Dał się spokojnie rozwijać szarej strefie – twierdzą mieszkańcy. Gdy władze Trójmiasta biedziły się, jak zakazać picia alkoholu na plaży, Wądołowski mówił mediom: – Ani mi się śni wprowadzać jakiekolwiek zakazy. Jeśli ktoś jest na tyle głupi, by wejść do wody po pijanemu, i tak to zrobi. Jak turyście odmówić piwka przy zachodzie słońca? Daleko posunięty pragmatyzm włodarza miasta sprawił, że po latach zastoju ruszyły inwestycje. W centrum pojawiły się ciepłownia, hala widowiskowo-sportowa, do pobliskiej Jastarni można już dojechać ścieżką rowerową. Nad portem zawisło zaś „jajo burmistrza” – finansowany w części z pieniędzy unijnych obiekt w kształcie kuli, który najpierw miał być mariną, a dziś jest restauracją.
– Zdecydowana większość społeczeństwa dostrzegła, co się u nas zmieniło w ostatnich latach – mówi z uznaniem radny Mrozik.I tylko część mieszkańców twierdzi, że burmistrz od dawna miał przydomek Mirek Pięć Procent lub Mirek Dziesięć Procent. – Nigdy nic w zachowaniu burmistrza nie wzbudziło moich podejrzeń – stanowczo odpiera zarzuty Mrozik. |
|
| « powrót |
|
| Nominacja i degradacje z korupcyjną aferą w tle. |
| Sędzia, który wydał postanowienie korzystne dla podejrzewanego o korupcję burmistrza Kraśnika, zostanie prezesem Sądu Okręgowego w Lublinie. Natomiast śledczy, którzy ścigali samorządowca, tracą posady. |
|
Krzysztof Wojtaszek, wiceprezes Sądu Okręgowego w Lublinie, od jutra będzie jego prezesem. Rekomendował go na zgromadzeniu sędziów (wybiera prezesa) minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski. Jak ustaliła „Rz”, w 2001 roku do Wojtaszka trafiła sprawa, w której oskarżonym był burmistrz Kraśnika Piotr Czubiński – wpływowy działacz lubelskiej PO. W grudniu ujawniliśmy, że lubelska prokuratura ma mocne dowody na korupcję Czubińskiego. Na razie nie usłyszał zarzutów. Siedem lat temu został jednak uznany za winnego utrudniania krytyki prasowej Mirosławowi Sznajderowi, dziennikarzowi i wydawcy pisma „Nowiny Kraśnickie”. Zanim jednak burmistrz usłyszał wyrok, domagał się umorzenia sprawy.
Przewodniczącym składu orzekającego, który rozpatrywał jego wniosek, był sędzia Wojtaszek. I sprawę umorzył. „Faktyczna i formalna działalność Mirosława Sznajdera nie jest zgodna z wyobrażeniem prawdziwego dziennikarza” – czytamy w uzasadnieniu. Sędziowie uznali działalność gospodarczą dziennikarza za „usługi biurowe”. „Trudno uznać usługi biurowe za równoznaczne z działalnością dziennikarską, a zasypywanie Urzędu Miasta drobiazgowymi pytaniami typu koszt naprawy chodnika lub koszt imprezy promującej produkty firmy Jacobs, z dążeniem do podjęcia krytyki prasowej” – argumentowali.
Uzasadnienie zdumiało ówczesnego prokuratora rejonowego w Kraśniku Andrzeja Jeżyńskiego. Złożył zażalenie, które uwzględnił Sąd Apelacyjny w Lublinie i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia.Rację przyznał mu też nowy skład sędziowski, który uznał Czubińskiego za winnego. Miał zapłacić 2,2 tys. zł na rzecz Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Nie uchroniło to jednak Jeżyńskiego przed odwołaniem ze stanowiska – wkrótce został przeniesiony do Lublina. – Za karę został rzecznikiem prasowym – mówi jeden z lubelskich śledczych. Wyjaśnia, że funkcja rzecznika odbierana jest wśród prokuratorów jako degradacja. – Nie orzekałem w tej sprawie – zapewniał wczoraj sędzia Wojtaszek. Kiedy pokazaliśmy mu kopię postanowienia o umorzeniu, stwierdził: – Nie przypominam jej sobie.
Mirosław Sznajder przypomniał sobie orzeczenie Wojtaszka, gdy się dowiedział, że będzie on nowym prezesem Sądu Okręgowego w Lublinie. – Nie wierzę w zbieg okoliczności. Pod rządami PO każdy, kto miał styczność z Czubińskim, nie pozostaje władzy obojętny. Kto był mu przychylny, awansuje, kto go próbował ścigać, zostaje zdegradowany – twierdzi. Ewa Piotrowska, rzeczniczka ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego: – Nie doszukiwałabym się w tej sprawie podtekstu politycznego. Ale funkcje tracą prokuratorzy zaangażowani w śledztwo dotyczące Czubińskiego. Z posadą prokuratora apelacyjnego pożegnał się Robert Bednarczyk, który osobiście je nadzorował. Jak dowiedziała się „Rz”, w ministerstwie jest też wniosek o odwołanie Marka Woźniaka, zastępcy prokuratora okręgowego w Lublinie, któremu bezpośrednio podlega śledczy prowadzący sprawę. |
|
| « powrót |
| W Mszczonowie potrafią |
| ROK 2008 - zakończenie i początek poważnych inwestycji |
|
|
|
Mszczonów należy do grupy gmin, które dynamicznie się rozwijają i rokrocznie na inwestycje przekazują większą część swoich dochodów. Ta proinwestycyjna polityka jest mszczonowską specjalnością. Zgodnie z dewizą burmistrza Grzegorza Kurka zarobione fundusze trzeba przeznaczać na dalszy rozwój. Bieżąca konsumpcja powinna być natomiast bardzo wyważona. Przestrzeganie tych reguł już przez blisko dwie dekady sprawiło, że Mszczonów jest liderem w rozwoju na terenie całego Zacho-dniego Mazowsza.
W tym roku sztandarową mszczonowską inwestycją będą oczywiście TERMY. To jedyny na Mazowszu obiekt, w którym do celów rekreacyjnych wykorzystywane będą wody termalne. Zakończenie inwestycji przewidywane jest na koniec maja, zaś uroczyste otwarcie zaplanowano już na 28 czerwca br. Projekt TERM jest współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Gmina Mszczonów pozyskała na jego realizację 8 milionów złotych. Całość prac ma kosztować 27 milionów złotych. Cały czas mszczonowski samorząd czyni też starania w celu pozyskania prywatnego inwestora, który po sąsiedzku wybuduje II etap Term, mający stworzyć wraz z I-szym etapem nowoczesny kompleks basenowy, pełen wodnych rozrywek.
Z innych tegorocznych inwestycji należy wymienić wybudowanie stacji uzdatniania wody w Lindowie, a także adaptację pomieszczeń po starym MOPS-ie na potrzeby Miejskiej Izby Pamięci.
Gmina ma w planach również kilka innych znaczących i od dawna wyczekiwanych przedsięwzięć, które są jednak uzależnione od przyznania europejskich dotacji. Burmistrz Kurek jest przekonany, że projekty tych inwestycji zostały dobrze przygotowane i pomimo tegorocznych opóźnień w dzieleniu europejskich środków doczekają się w końcu pozytywnych ocen decydetów.
Do udziału w konkursach, które będą ogłaszane przez Marszałka Województwa w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego oraz Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich zostały przygotowane projekty: -rozbudowy i modernizacji Przedszkola Miejskiego w Mszczonowie, przebudowy obejmującej modernizację i dostosowanie lokali w budynku w Osuchowie na potrzeby przychodni lekarskiej, budowy boisk sportowych i bieżni z syntetyczną nawierzchnią przy Gimnazjum Publicznym w Mszczonowie, a także budowy 54 km. sieci wodociągowej na terenach wiejskich. W tej samej grupie jest też bardzo rozbudowany projekt rewitalizacji centrum Mszczonowa.
W ramach rewitalizacji ma być m.in. przebudowana ul. Sienkiewicza i park miejski przy kościele, a także zostanie przeprowadzona adaptacja lokalu dla potrzeb Gminnego Centrum Informacji.
Pisząc o planowanych inwestycjach trzeba też pamiętać o projekcie Związku Gmin Mazowsza Zachodniego z zakresu gospodarki ściekowej realizowanego w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Projekt ten obecnie znajduje się w ocenie Komisji Europejskiej. Gmina Mszczonów zamierza zrealizować sieć kanalizacji sanitarnej w mieście i okolicznych wsiach oraz zmodernizować i rozbudowywać oczyszczalnię ścieków. Przewidywane koszty całego przedsięwzięcia to kwota ponad 50 mln zł (w tym dofinansowanie około 50%).
Ze środków unijnych gmina Mszczonów chce także skorzystać przy realizacji budowy Traktu Tarczyńskiego. Projekt tej inwestycji jest przygotowany wspólnie przez gminy Mszczonów, Żabią Wolę oraz powiaty - żyrardowski i grodziski. |
|
| « powrót |
| Precz z tarczą! |
| Samorządowcy udowodnili, że nawet rządowe decyzje muszą być uzgadnianie z lokalną społecznością. Lekceważenie głosu obywateli może doprowadzić do kryzysu
w polsko-amerykańskich negocjacjach w sprawie tarczy antyrakietowej. |
|
|
|
Słupskie samorządy są gotowe przyjąć wspólne negatywne stanowisko wobec tarczy antyrakietowej, jeżeli w polsko-amerykańskich negocjacjach nie zostaną uwzględnione związane z tą inwestycją oczekiwania lokalnych społeczności.
Jak powiedział przewodniczący rady powiatu słupskiego Ryszard Stus, sprawa zgody na tarczę antyrakietową była już przedmiotem kuluarowych rozmów. Jesteśmy gotowi zwołać nadzwyczajną sesję, na której w przypadku braku korzystnych dla regionu uzgodnień z Amerykanami wyrazimy swój sprzeciw wobec tej inwestycji - powiedział Stus.
Nieoficjalne konsultacje w sprawie tarczy odbyły się już również w Radzie Miejskiej Słupska. Jak poinformował jej przewodniczący Zdzisław Sołowin, radni są gotowi przyjąć uchwałę w tej sprawie. Tarcza nie jest dla regionu dopustem bożym, większość mieszkańców jej przeciwna, więc mamy prawo domagać się uwzględnienia postulatów lokalnej społeczności - wyjaśnił Sołowin.
Zdaniem przewodniczącego Rady Gminy Słupsk Mirosława Klemiaty, samorządy powinny wyartykułować wspólne stanowisko wobec tarczy antyrakietowej jeszcze przed zakończeniem negocjacji polskiego rządu z Amerykanami.
Pewne tematy trzeba wyprzedzać, po zakończeniu rozmów nasze zdanie w tej sprawie może nie mieć już większego znaczenia - powiedział Klemiato.
Według nieoficjalnych informacji, amerykańska instalacja antyrakietowa składająca się z 10 wyrzutni pocisków mogłaby zostać wybudowana na dawnym wojskowym lotnisku, w oddalonym o 4 km od centrum Słupska Redzikowie. Zdecydowany protest przeciwko tej inwestycji wyraził w wysłanym w poniedziałek do premiera Donalda Tuska liście wójt gminy Słupsk Mariusz Chmiel.
Wójt m.in. napisał w liście, że usytuowanie takiego obiektu militarnego w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowy mieszkaniowej osiedla Redzikowo i tuż przy granicy miasta Słupska jest nieporozumieniem i decyzją nieprzemyślaną.
Wójt gminy Słupsk (Pomorskie) Mariusz Chmiel wysłał do premiera Donalda Tuska list, w którym w imieniu mieszkańców wyraził „zdecydowany protest dotyczący lokalizacji amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Redzikowie”.
„Usytuowanie takiego obiektu militarnego w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowy mieszkaniowej osiedla Redzikowo i tuż przy granicy miasta Słupska jest nieporozumieniem i decyzją nieprzemyślaną. Zdaję sobie sprawę, że władze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej nie muszą się troszczyć o dobro mieszkańców rejonu słupskiego, ale Polski Rząd powinien. Amerykanie jako najlepszą lokalizację dla swojego obiektu wojskowego wybrali teren Redzikowa przede wszystkim dlatego, że jest tu lotnisko, a cały teren posiada dobrą infrastrukturę”- napisał w liście do premiera wójt Chmiel. Wójt podkreślił w liście, że „Rada Gminy Słupsk 28 września 2007 r. uchwaliła plan zagospodarowania przestrzennego, przeznaczając ten teren pod lotnisko cywilne i działalność gospodarczą. Takie przeznaczenie gwarantuje rozwój gospodarczy naszego rejonu, natomiast lokalizacja tarczy taki rozwój przekreśla”.
„Miałem nadzieję, że wnioski i prośby władz samorządowych dotyczące działań, które mimo lokalizacji tarczy mogłyby zagwarantować rozwój regionu, w tym nowe miejsca pracy tak potrzebne, aby nasi młodzi mieszkańcy nie musieli wyjeżdżać "za chlebem" - uznane zostaną przez Rząd Rzeczypospolitej za ważne. Niestety nasze wnioski i potrzeby są marginalizowane i lekceważone. Okazuje się również, że Amerykanie nie zamierzają włączyć się w modernizację naszej armii, a przecież lokalizacja tarczy w naszym kraju wiąże się z nowymi zagrożeniami. W tej sytuacji w sposób zdecydowany protestujemy przeciw lokalizacji amerykańskiej tarczy antyrakietowej na naszym terenie. Mam nadzieję, że nasze stanowisko weźmie Pan Premier pod uwagę” - zakończył list wójt Chmiel.
Redzikowo to niewielka miejscowość, leżąca 4 km od centrum Słupska, przy drodze krajowej nr 6 Szczecin - Gdańsk. Jako potencjalne miejsce lokalizacji 10 wyrzutni antyrakiet Redzikowo pojawiło się w styczniu ubiegłego roku w raporcie Ministerstwa Obrony Czech, gdzie ma być zbudowany radar śledzący potencjalne cele.
Lokalizacja ta nie została dotychczas oficjalnie potwierdzona ani przez stronę polską, ani amerykańską, jednak w październiku słupscy samorządowcy - w tym wójt Chmiel - na zaproszenie ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce oglądali w USA dwie bazy systemu antyrakietowego. Natomiast w styczniu starosta słupski Sławomir Ziemianowicz został powołany przez wiceministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego do rządowego zespołu negocjującego z Amerykanami lokalizację tarczy. Starosta nie uczestniczy w samych negocjacjach, jest jednak informowany o ich przebiegu, zgłasza też MSZ postulaty mieszkańców i samorządu.
We wtorek w rozmowie Ziemianowicz powiedział, że „jest nieco zaskoczony listem Mariusza Chmiela, jednak samo pismo odbiera w kategoriach zniecierpliwienia wójta brakiem odzewu ze strony rządu na postulaty lokalnej społeczności”.
Do sprawy wrócimy.
|
|
| « powrót |
|
| Jak w gminach wiejskich zdobywa się pieniądze na informatycję. |
Milion dla wsi w Świętokrzyskiem
Milion złotych przeznaczy samorząd województwa świętokrzyskiego na 53 różnorodne projekty, zarówno dotyczące folkloru jak i internetowej telewizji, realizowane w ramach Świętokrzyskiego Programu Odnowy Wsi.
We wtorek w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach marszałek województwa Adam Jarubas podpisał umowy na dofinansowanie projektów z ich beneficjentami - organizacjami pozarządowymi i wspierającymi je samorządami gminnymi.
Na konkurs wpłynęły 153 projekty. Pieniędzy nie starczyło dla wszystkich chętnych. Maksymalna kwota dofinansowania wyniosła 20 tys. zł.
Możesz je zagęścić w kilka sekund.
Według członka zarządu województwa Marka Gosa Świętokrzyski Program Odnowy Wsi ma być pomostem między już zrealizowanymi programami unijnymi, a tymi, których realizacja jeszcze się nie rozpoczęła. Jego zdaniem bez tego sposobu dofinansowania inicjatyw wiele organizacji stanęłoby "w martwym punkcie". Program będzie też realizowany w 2008 roku.
W ramach programu Stowarzyszenie "Odnowica" z Dąbrowy Dolnej wyremontuje dach zabytkowej leśniczówki, w której powstała "Wiejska świetlica warsztatów wrażliwości". Tam m.in. profesjonalni artyści i mieszkańcy wsi wystawili "Wesele od nowa" według Wyspiańskiego.
Dwa zespoły ludowe z gminy Piekoszów - "Piekoszowianie" i "Wincentowianie" - otrzymane pieniądze przeznaczą na instrumenty i stroje. Stowarzyszenie "Masłów-Info" otrzymało środki na zakup kamery cyfrowej i innego sprzętu na potrzeby telewizji internetowej, którą stworzyli trzy lata temu tamtejsi gimnazjaliści.
Lokalna Grupa Działania "Wokół Łysej Góry" w Kakoninie przy uczęszczanym szlaku turystycznym ze Świętego Krzyża na Świętą Katarzynę stworzy "Izbę dobrego smaku Krainy Łysogór". W stylizowanej na XIX-wieczną chałupie turysta będzie mógł odpocząć, kupić potrawę regionalną czy dzieło twórców ludowych, a nawet skorzystać z internetu.
Stowarzyszenie na rzecz osób z chorobą Alzheimera z Koprzywnicy przeznaczy pieniądze na zagospodarowanie terenu leśno-parkowego dla celów rehabilitacji środowiskowej. Powstanie dzięki temu miejsce na spotkania osób niepełnosprawnych z dziećmi czy na hipoterapię.
Prezes stowarzyszenia z Koprzywnicy, a jednocześnie lekarz i dyrektor tamtejszego zakładu opieki zdrowotnej, Marek Majkowski powiedział, że na wsi potrzebna jest infrastruktura, która pozwoli następnym pokoleniom powiedzieć, że pochodzą ze wsi, lecz ta wieś nie była dla nich barierą.
Rozmówcy zapowiedzieli, że będą się starali o środki na swoją działalność z kolejnych programów. Wójt Piekoszowa Tadeusz Dabrowa oznajmił, że mieszkańcy Gałęzic chcą zorganizować kurs kamieniarstwa. Marek Majkowski zamierza wybudować w Koprzywnicy basen rekreacyjno-rehabilitacyjny. Jeden z młodych dziennikarzy z Masłowa Michał Michta oznajmił, że młodzież będzie rozwijać swoją telewizję.
(za www.interia.pl PAP) |
|
| « powrót |
|
| Radny nie ma łatwo... |
Radny-listonosz na bruk?
Nieprawidłowe wykonywanie obowiązków służbowych - taki zarzut usłyszał pod swoim adresem radny, listonosz Paweł Machera.
Pracodawca radnego, czyli Poczta Polska, postanowiła zwolnić go dyscyplinarnie. Jednak aby zwolnić listonosza, który jest radnym, pracodawca musi uzyskać zgodę Rady Miasta.
- Zwróciliśmy się z takim zapytaniem do piotrkowskiej Rady Miasta - mówi Michał Dziewulski z biura rzecznika Poczty Polskiej. - Z tego, co wiem, sprawa ta ma zostać rozważona podczas najbliższej sesji, czyli 28 listopada.
(za www.interia.pl) |
|
| « powrót |
|
| Afera Ratuszowa powraca |
"Afera ratuszowa" do ponownego rozpatrzenia?
Prokuratura Okręgowa w Opolu odwołała się od wyroku sądu w tzw. aferze ratuszowej, w której za przyjmowanie łapówek skazano m.in. b. prezydenta Opola. Prokuratura chce, by wobec głównych oskarżonych wznowiono postępowanie - powiedziała w środę rzeczniczka opolskiej prokuratury Lidia Sieradzka.
- Nie zgadzamy się z wyrokiem sądu, który uwolnił głównych oskarżonych od części zarzutów, dodatkowo zakwestionowaliśmy te części orzeczenia, w których sąd obniżył kwoty łapówek przypisywane przez nas oskarżonym - oświadczyła Sieradzka.
- Nie kwestionujemy tych przypadków, w których oskarżonych uznano winnymi, ale zarzuty oddalone podczas procesu powinny zostać ponownie rozpatrzone - dodała.
Wśród oddalonych zarzutów jest m.in. sprawa 350 tys. zł łapówki dla b. przewodniczącego opolskiej Rady Miasta - Stanisława Dolaty. Prokuratura nie zgadza się też z obniżonymi - w stosunku do aktu oskarżenia - kwotami łapówek przyjętych przez innych oskarżonych.
- Mieliśmy tu do czynienia np. z obniżeniem kwoty łapówki z 350 tys. do 7 tys., czy też ze 110 tys. zł do 35 tys.- relacjonowała rzecznik.
Również adwokaci oskarżonych składają odwołania. Po sprawdzeniu pod względem formalnym wszystkie apelacje trafią z Opola do sądu wyższej instancji do Wrocławia, który zdecyduje, czy proces w części zaskarżonej przez prokuraturę rozpocznie się od nowa.
Wyrok w "aferze ratuszowej" zapadł w grudniu 2006 roku. Najwyższą karę sąd orzekł wówczas wobec b. prezydenta Opola i późniejszego wojewody opolskiego Leszka Pogana - 7 lat więzienia, grzywnę w wysokości 270 tys. zł i 10-letni zakaz zajmowania stanowisk w organach władzy samorządowej i rządowej. Sąd zezwolił na publikowanie imion i nazwisk oskarżonych.
Na 5 lat do wiezienia ma trafić naczelnik wydziału przetargów opolskiego Urzędu Miasta Remigiusz Promny. Ma też zapłacić 200 tys. zł grzywny, przez 10 lat nie będzie mógł zajmować stanowisk w organach władz.
Wobec dwóch pozostałych b. samorządowców - b. przewodniczącego Rady Miasta Opola Stanisława Dolaty i b. wiceprezydenta Piotra Kumca sąd orzekł kary po trzy lata więzienia. Dolata ma też zapłacić 75 tys. zł grzywny, orzeczono wobec niego także 3-letni zakaz zajmowania stanowisk. Grzywna dla Kumca wyniosła 108 tys. zł, b. wiceprezydent otrzymał także 7-letni zakaz zajmowania stanowisk w administracji.
Według aktu oskarżenia Pogan i Dolata mieli przyjąć po ponad 500 tys. zł łapówek, Promny miał wziąć 200 tys. zł, a Kumiec ponad 50 tys. zł. Dla b. urzędników prokuratura domagała się kar od 11 lat (Pogan) poprzez 10 (Dolata), do 8 dla Promnego i 3,5 roku dla Kumca.
(za www.interia.pl ; PAP)
|
|
| « powrót |
|
| Porno na stronach Internetowych i inne afery na styku polityka-Internet |
za (www.vagla.pl) by VaGla - (tytuł i skróty www.gmina.pl)
(...)Trwa kampania wyborcza, w której - od czasu do czasu - politycy starają się przekonać internautów do siebie. Tymczasem partie polityczne, które biorą udział w wyborach, mają pewne problemy z internetem. Pomijając niedawne reportaże telewizyjne, w których dziennikarze zainteresowali się tym, jak kandydaci przekonują do siebie internautów na swoich stronach i o tym, że niedawno jeszcze na stronach internetowych partii politycznych zachęcano do wzięcia udziału w wyborach w 2005 roku (niedawno, czyli dwa, trzy tygodnie temu), o tym, że dopiero pod wpływem pytań dziennikarzy jeden z kandydatów (poseł Antoni Mężydło) poprawił swoją stronę, "ujawniając" również w internecie, że teraz kandyduje z list Platformy Obywatelskiej - mamy informacje o aktywności osób ingerujących w witryny internetowe polityków. Zhackowano stronę PiS. Dwa razy.
Zanim o "shackowaniu" witryny Prawa i Sprawiedliwości (która stoi na CMS'sie Joomla), to wcześniej wypada odnotować problemy Platformy Obywatelskiej, na forum internetowym której ktoś opublikował kilka dni temu treści o charakterze pornograficznym. O tej sprawie pisały Wiadomości24, np. w tekście Kolejne pornograficzne linki na stronie internetowej Platformy: "Wczoraj informowaliśmy, że na internetowych stronach Platformy Obywatelskiej znalazły się w sobotnią noc treści o charakterze pornograficznym. Dziś moderatorzy forum partii zadbali o usunięcie wątku. Tymczasem pojawił się kolejny... a w nim linki do stron z "mocnymi" filmami". To nie atak hackerski, a klasyczne problemy moderatorów forum. Na wszystkich forach internetowych zdarzają się tego typu incydenty. Pytanie tylko - co moderatorzy (administratorzy) robią z tym później.
Tak. A co do "włamania" na strony PiS - jest wątek na Wykopie: Hack na stronie lubelskiego PIS'u. Zresztą - jak się okazuje - nie jest to pierwszy przypadek, a drugi. Oba są udokumentowane przez społeczność internetową:
Szuman na wykopie napisał: "Bardzo prosty atak na Joomla!. Admin łajza, bo zostawił właczoną funkcję register_globals w php, co jest kluczową sprawą jeśli chodzi o bezpieczeństwo tego CMS. Włamy będą topóty, dopóki administrator nie zmieni konfiguracji php."
Zastanawiam się nad konsekwencjami tego typu aktywności webmasterskiej. Mogą być przynajmniej dwie reakcje - albo wzrośnie świadomość zasobów internetowych partii politycznych, co może mieć dobry efekt również w sferze administracji publicznej (wszak partie polityczne dążą do uzyskania władzy w państwie - to wpisane jest nawet w przepisy regulujące działalność partii politycznych), ale może być też inny efekt - skoro włamania są tak powszechne - ktoś może uznać, że należy zaostrzyć przepisy związane z tego typu działalnością. Być może będzie to też przyczynek do dalszej dyskusji na temat terroryzmu w internecie, potrzebie wydłużenia okresu retencji danych, etc. Dziś na stronie www.pis.lublin.pl "wisi" komunikat: "Z powodu dwukrotnego ataku na stronę www.pis.lublin.pl, strona jest nieczynna do odwołania". Ja się zastanawiam nad adresem domenowym, pod którym znajduje się (znajdował się) serwis lubelskiego PiS, ale niezbyt intensywnie się zastanawiam, bo chodzi o partie polityczną, a więc o organizacje pozarządową, która we własnym zakresie kreuje politykę zasobów (chociaż - również partie polityczne powinny mieć Biuletyn Informacji Publicznej, więc może jest coś na rzeczy).
W każdym razie - z jednej strony politycy starają się "grać internautami" w dyskusji politycznej, z drugiej internauci bawią się zasobami internetowymi polityków. Sądzę, że będzie coraz ciekawiej.
Na sylwetkę posła Antoniego Mężydło zwróciłem uwagę, gdyż ten kandydat do Sejmu - w swoich licznych wypowiedziach publicznych - odwołuje się do problematyki telekomunikacji i społeczeństwa informacyjnego (dziękując m.in. środowisku telekomunikacyjnemu za słowa wsparcia, ec.). I dlatego tylko, a nie ze względu na jakąś złośliwość, warto odnotować fakt, że dopiero dziennikarze zwrócili kandydatowi uwagę, że chociaż publicznie zadeklarował chęć wsparcia Platformy Obywatelskiej i zaczął brać udział w kampanii wyborczej na rzecz tej partii, to jednak na jego stronie internetowej nadal prezentuje się jako zwolennik Prawa i Sprawiedliwości
Po pytaniu dziennikarzy o ten stan rzeczy strona kandydata uległa modyfikacji. Dziennikarze skomentowali: internet nie dla wszystkich polityków jest jeszcze istotnym narzędziem komunikowania się z wyborcami.
by VaGla (za www.vagla.pl) |
|
| « powrót |
|
| Burmistrz Helu aresztowany |
Na trzy miesiące sąd aresztował podejrzanego o korupcję burmistrza Helu Mirosława W. - poinformował w czwartek rzecznik Sądu Okręgowego w Poznaniu Jarema Sawiński.
Posiedzenie trwało prawie dwie godziny. Sąd, ze względu na tajne materiały operacyjne CBA, wyłączył jawność sprawy i dziennikarze nie mogli zapoznać się z uzasadnieniem decyzji.
Prokuratura zarzuca Mirosławowi W., że w związku z pełnieniem funkcji publicznej przyjął korzyść majątkową w wysokości 150 tys. zł i wartościowy zegarek w zamian za działanie niezgodne z prawem. Za co grozi 10 lat pozbawienia wolności.
Prokuratura dotychczas przesłuchała wielu świadków i przeanalizowała obszerny materiał przekazany przez CBA. Ze względu na dobro śledztwa prokuratura nie chce mówić o ewentualnych kolejnych zarzutach dla innych urzędników.
Mirosław W. wraz z byłą posłanką PO Beatą Sawicką zostali zatrzymani w poniedziałek przez funkcjonariuszy CBA w momencie przyjmowania łapówki za "ustawienie" przetargu na zakup 2- hektarowej działki na Helu. Miał na niej powstać kompleks rekreacyjno-hotelowo-wypoczynkowy.
50-letni Mirosław W. jest burmistrzem Helu od 1998 r. W wyborach w 2006 r., będąc wtedy jeszcze członkiem Partii Demokratycznej - demokraci.pl, o fotel burmistrza ubiegał się z ramienia Komitetu Wyborczego Wyborców Morskie Przymierze Hel 2020 i Wądołowski. Zrzekł się członkostwa w PD w grudniu 2006 r. Wcześniej był członkiem Unii Wolności.
Beatę Sawicką chroni immunitet parlamentarny. O jej zatrzymaniu w poniedziałek został poinformowany marszałek Sejmu. Sawicka została zwolniona po ponad 5 godzinach od momentu zatrzymania. Została też usunięta z PO.
Prokuratura analizuje materiały w sprawie posłanki i jeżeli uzna, że dopuściła się ona przestępstwa, rozważy czy złożyć do Sejmu wniosek o uchylenie immunitetu, czy poczekać, aż posłance wygaśnie immunitet w związku z utratą mandatu poselskiego.
(za www.interia.pl / PAP)
|
|
| « powrót |
|
| Ustawione przetargi |
Szefowa podlaskiego sanepidu zatrzymana.
Szefowa podlaskiego sanepidu zatrzymana - dowiedział się RMF FM. Prokuratura zarzuca jej branie łapówek w czasie, gdy kierowała działem diagnostyki laboratoryjnej w białostockim szpitalu wojewódzkim.
Alicja G. miała ustawiać przetargi na zakup sprzętu medycznego.
Wśród zatrzymanych jest też dyrektor zachodnio-pomorskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia.
Nie ma to związku z jego obecnym stanowiskiem. Są to zarzuty związane z korupcją w służbie zdrowia. Wiąże się to z jego działalnością jeszcze w Poznaniu - mówi przedstawiciel prokuratury. Mirosław J. został zatrzymany w piątek, razem z 24 innymi osobami z branży medycznej.
(za www.interia.pl i RMF)
|
|
| « powrót |
|
| Wójt pogodził się ze Starostą i wysłali ugodę do prokuratora |
Koniec wojny we władzach samorządowych powiatu wodzisławskiego. Wójt Lubomi Czesław Burek i członkowie zarządu powiatu podpisali wspólne oświadczenie o "woli zakończenia sporu". Pismo trafiło do Prokuratury Rejonowej, do której kilka tygodni wcześniej urzędnicy starostwa złożyli zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Burka.
Przypomnijmy: kilka tygodni temu lubomski wójt wysłał do starosty Jerzego Rosoła ostry list, w którym zarzucił wicestaroście Tadeuszowi Skatule kumoterstwo i rozdzielanie unijnych pieniędzy "przy zielonym stoliku". Chodziło o koordynowane przez starostwo rozmowy na temat podziału milionów złotych, jakie Unia Europejska przeznaczyła na ważne inwestycje regionalne. Szanse na ich zdobycie miały dobrze opracowane, ponadlokalne projekty. Zdaniem Czesława Burka jego gmina podczas podziału tych środków została skrzywdzona, a na listę rezerwową dostały się projekty, które wcale nie są ponadlokalne. Jako przykład Burek podał remont ulicy Polnej w Rogowie, sugerując, że droga ma szansę na remont z unijnej kasy, bo w Rogowie mieszka wicestarosta Tadeusz Skatuła. Koledzy wicestarosty stanęli w jego obronie i cały zarząd skierował do prokuratury skargę na Burka. Najprawdopodobniej sprawa zostanie umorzona. - Wszyscy podpisani pod wspólnym oświadczeniem uznali, że zakończą spór, kierując się dobrem wspólnot samorządowych, które reprezentują - mówi Józef Szymaniec, rzecznik starostwa.
(za www.naszemiasto.pl) |
|
| « powrót |
|
|
Wyrzucone pieniądze. W każdym niemal powiecie bez trudu można znaleźć niedokończone inwestycje, na które władze różnego szczebla wydały grube miliony. W przypadku planów wybudowania zbiornika retencyjnego w Pilcach chodzi nie tylko o niegospodarność i wyrzucone w błoto pieniądze, ale także o dramaty ludzi, którym kazano z dnia na dzień opuścić rodzinne domy. Bogusława Anklewicz jest jedną z ponad 180 osób, które na przełomie 1999 i 2000 roku musiały wyprowadzić się z Pilc. – Mam w sercu żal, że musiałam opuścić moją rodzinną wieś – mówi dzisiaj. – Szczególnie, że ta przeprowadzka wcale nie była potrzebna, bo zbiornik nie powstał. Gdybym mogła, to chętnie tam wróciłabym. Podobnie myśli większość byłych pilczan. Ale teraz nie ma już do czego wracać. Teren, na którym miał powstać zbiornik retencyjny, wygląda dzisiaj żałośnie: wyludniony, zarośnięty samosiejkami obszar z gruzem, który został po wyburzonych domach. W Kamieńcu Ząbkowickim chyba nikt nie jest w stanie wyjaśnić, dlaczego wciąż nie rozpoczęto budowy zbiornika. Sejm zdecydował o jego powstaniu siedem lat temu, kiedy uchwalił program „Odra 2006”. Budowa miała się zacząć dwa lata temu. Miała, ale nie zaczęła. Inwestycja zniknęła bowiem z przygotowanych przez Ministerstwo Środowiska planów na najbliższe 15 lat. – Od początku nie wierzyłam, że ten zbiornik powstanie, dlatego nie zgadzałam się na wyprowadzkę. Zostałam dlatego, że mój dom jest na uboczu i bardziej przynależy do wsi Suszki niż Pilce – mówi Wanda Fedan, wieloletnia sołtyska nieistniejącej już wsi.
I miałam rację, nic nie powstało – dodaje z rozgoryczeniem Wanda Fedan. – Najgorsze jest to, że wyburzyli miejscowość, w którą najpierw wpakowali tyle pieniędzy. Przecież zaraz po powodzi w 1997 roku szły tu wielkie pieniądze na odbudowę domów i dróg, a potem wszystko zburzono.
Dla ptaków Zdzisław Fleszar, były wójt Kamieńca Ząbkowickiego, apelował w sprawie wykreślonej inwestycji, gdzie tylko mógł: w ministerstwie i u premiera Marcinkiewicza. Złożył także doniesienie o niegospodarności do ząbkowickiej prokuratury. Postępowanie umorzono, bo, jak twierdzi prokurator Paweł Migacz, nie doszukano się znamion przestępstwa. Inaczej sprawę ocenia były wójt. – Wydano olbrzymie pieniądze, ale Ministerstwo Środowiska doszło do wniosku, że ma to gdzieś – mówi. – Najgorsze jest to, że wysiedlono ludzi, jak się teraz okazuje, tylko po to, żeby stworzyć rezerwat dla ptaków. Z jednej z oficjalnych odpowiedzi od ministra Jana Szyszki dowiedziałem się, że inwestycja nie będzie kontynuowana, bo w tym rejonie można stworzyć siedlisko dzikiego ptactwa. Ministerstwo Środowiska o takich planach oficjalnie poinformowało gminę Kamieniec Ząbkowicki, dodając, że można wykorzystać przewidziany pod zbiornik teren do stworzenia obszaru ochrony przyrody w ramach europejskiej sieci „Natura 2000”. Marcin Czerniec, obecny wójt Kamieńca, chce wierzyć, że zbiornik jednak powstanie. – Liczę na to, że do tych planów władze centralne wrócą – mówi. – Może nie teraz, przed Euro 2012, ale na przykład zaraz po mistrzostwach. – Nie ma woli politycznej kontynuowania programu „Odra 2006”, a w szczególności budowy zbiornika w Kamieńcu. Chronione ptaki, które rzekomo mogłyby się tam zagnieździć, to, moim zdaniem, temat zastępczy – mówi wprost Grzegorz Kołacz, poseł Samoobrony.
Decyzji nie ma Ministerstwo Środowiska zapewnia jednak, że nie wycofało się całkowicie z planowanej inwestycji. – Ostateczne decyzje, co do parametrów technicznych i budowy zbiornika Kamieniec Ząbkowicki, powinny być podjęte po wykonaniu innych zadań objętych programem „Odra 2006” (chodzi o ochronę przed powodzią ziemi kłodzkiej – przyp. red.) – informuje Andrzej Szweda-Lewandowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska. – Dopiero realizacja tych zadań pozwoli na opracowanie założeń prawidłowej gospodarki wodnej na Nysie Kłodzkiej, a więc również na ostateczne ustalenie parametrów technicznych tej inwestycji. Zgodnie z programem „Odra 2006” (ustawa z 2001 roku) budowa zbiornika Kamieniec Ząbkowicki przewidziana jest na lata 2004-2012.
Chybione inwestycje • Modernizacja i rozbudowa dworca kolejowego w przygranicznym Międzylesiu. Olbrzymi nowoczesny gmach stoi pusty. Kolejarze, podejmując decyzję o jego modernizacji, nie uwzględnili, że Polska i Czechy będą należeć do UE, a także tego, że przez niewielką stację przygraniczną przejeżdża bardzo mało pociągów. Dziennie zaledwie kilkanaście. Dla osoby z zewnątrz dworzec lśniący marmurami wygląda jak nieczynny. • Rozpoczęcie budowy elektrowni szczytowo-pompowej w Młotach. Decyzję o tej inwestycji podjęto w latach 70., kiedy w Polsce były problemy z energią elektryczną. Wybudowano jedynie sztolnię, którą woda miała spływać z górnego zbiornika do dolnego. Od kilkunastu lat nieskończona inwestycja stoi w miejscu. Mieszkańcy Młotów nie mogą jednak w związku z nią uzyskać pozwoleń na remonty bądź rozbudowę swoich domów. Ich wieś wciąż bowiem, w planach, przewidziana jest do wysiedlenia.
Zamiast szóstki, dwunastka Romuald Piela - Nasi politycy już dawno zapomnieli o programie „Odra 2006” i dlatego na wybudowanie zbiornika w Pilcach nie ma co liczyć. Teraz mają przecież nową zabawkę z cyferką 12. To Euro 2012. Wszystkie pieniądze, jakie mamy, pójdą na stadiony, drogi, lotniska i hotele. Kogo teraz obchodzą zabezpieczenia przed powodzią i losy wysiedlonych z Pilc ludzi? Poza tym, zawsze można powiedzieć, że ich poświęcenie nie poszło na marne, bo w miejscu, w którym była wieś, żyją teraz ptaki. I jest to chyba najdroższe w Europie ptasie siedlisko. Z państwowych pieniędzy wydano na to aż 200 milionów złotych.
Romuald Piela - Słowo Polskie Gazeta Wrocławska (za www.wp.pl, www.naszemiasto.pl)
|
|
| « powrót |
|
| Urząd Miejski w Rybniku wybrał Świętego Antoniego |
Św. Antoni patronem Rybnika. Z okazji ogłoszenia św. Antoniego Padewskiego patronem Rybnika i w setną rocznicę istnienia kościoła pod jego wezwaniem, w środę, 13 czerwca o godz. 18.00 w rybnickiej bazylice odbędzie się uroczysta msza św. celebrowana przez Metropolitę Katowickiego księdza arcybiskupa Damiana Zimonia. Obchody, tego ważnego dla miasta wydarzenia, rozpoczną się już o godz. 15.30 w Urzędzie Miasta Rybnika. Zaproszeni goście wysłuchają m.in. referatu prof. Marka Szczepańskiego z Uniwersytetu Śląskiego pt. "Rodzina a wspólnota lokalna" oraz odczytu dyrektora rybnickiego muzeum, dr. Bogdana Klocha, pt. "Kult św. Antoniego w Rybniku". Wyświetlony zostanie również film na temat pożaru w 1959 r. i odbudowy kościoła p.w. św. Antoniego Padewskiego.
Po spotkaniu w urzędzie nastąpi uroczysty przemarsz z figurą św. Antoniego. Procesja wyruszy o godz. 17.30 z ul. Zamkowej, przez Rynek, ul. Sobieskiego i Powstańców Śląskich do bazyliki, gdzie odprawiona zostanie uroczysta msza św. pod przewodnictwem ks. Arcybiskupa Damiana Zimonia.
(za www.interia.pl ) |
|
| « powrót |
|
| Dzieci rządzą w Urzędzie w Białymstoku |
Dzieci rządzą w Białymstoku. 1 czerwca w Urzędzie Miejskim rządy na dwie godziny obejują dzieci, które zdobyły nagrody i wyróżnienia w konkursie plastyczno-literackim "Za co kocham Białystok?". Dzieci spotkają się w gabinecie prezydenta Truskolaskiego o godz.11.00, następnie po oficjalnym oddaniu "władzy", zaczną urzędowanie.
W tym czasie prezydent oraz jego zastępcy odwiedzą białostockie placówki oświatowe, z których pochodzą wyróżnione dzieci. O godz.12.00 w sali nr 10 rozpocznie się posiedzenie Młodzieżowej Rady Miasta z okazji Dnia Dziecka.
(za www.interia.pl)
|
|
| « powrót |
|
| Włodarzyć zza krat |
Matusewicz: Nie jestem świnią !! Niedawno, były prezydent Piotrkowa, były marszałek województwa łódzkiego, wojewoda, kandydat na posła, działacz PZPR i SLD, Waldemar Matusewicz, rozpoczął odbywanie 3,5-letniego wyroku. Czy ta data to koniec największej politycznej kariery człowieka z naszego miasta? Czy może swoiste katharsis, po którym powróci nie tylko na wolność, ale także do polityki?
W samo południe 17 maja Waldemara Matusewicza pod siedzibę piotrkowskiego aresztu przywozi żona. W obecności zaproszonych wcześniej dziennikarzy, mikrofonów i kamer, były prezydent wygłasza oświadczenie.
Podkreśla, że nie popełnił żadnego z zarzucanych mu czynów, a prokuratorów oskarża o fabrykowanie pomówień. Ci, po kilku godzinach, oświadczają, że zarzuty te są bezpodstawne.
Waldemar Matusewicz swoją sprawę porównuje do sytuacji, w jakiej znalazł się bohater Franza Kafki, Józef K. Według b. prezydenta Piotrkowa nie ma żadnych dowodów, które wskazywałyby, że popełnił przestępstwo. - Marek Kubiak, który został namówiony do poświadczenia nieprawdy, próbuje wycofać się z tego, ale tak się chłopak zagmatwał, że sam namówił świadków do składania fałszywych zeznań i teraz nie może się z tego wycofać - mówił Matusewicz.
Pytany przez przedstawicieli mediów, dlaczego trafił do zakładu karnego, odpowiada: "Tak trzeba". Mówi, że gdyby był marszałkiem województwa reprezentującym inną partię niż SLD, wówczas nikt nie "fabrykowałby przeciwko niemu pomówień". Zwraca się też z apelem do sędziów, w związku z rozprawą kasacyjną wyznaczoną na 5 czerwca w Warszawie, by "przeczytali dokładnie dokumenty".
Uznany za winnego.
Waldemar Matusewicz został skazany za to, że w latach 1999-2000, gdy był marszałkiem województwa, żądał korzyści majątkowych o łącznej wartości nie niższej niż 540 tys. zł; przyjął ponad 49 tys. zł, w tym dla siebie ponad 24 tys. zł. Zdaniem sądu jego działania podyktowane były m.in. "zaspokojeniem potrzeb Sojuszu Lewicy Demokratycznej". Uznając go za winnego, sąd przyjął za wiarygodne zeznania najważniejszego świadka w tym procesie, byłego prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi Marka K. (oskarżonego w innym procesie), z których wynika, że Matusewicz żądał i przyjmował od niego korzyści majątkowe. Zdaniem sądu zeznania te poparte były też innymi dowodami - zdaniem samego Matusewicza, nie ma żadnych dowodów, są jedynie pomówienia. W tej sprawie złożył już wniosek o kasację wyroku do Sądu Najwyższego.
Matusewicz: Nie jestem świnią To jednak wcale nie koniec kłopotów byłego prezydenta: odpowiada także, wraz z 22 innymi osobami, w głośnej sprawie niegospodarności w WFOŚ. Według prokuratury, w związku z działalnością oskarżonych, fundusz stracił ponad 42 mln zł. Obok Matusewicza na ławie oskarżonych zasiadają m.in. b. poseł SLD Andrzej Pęczak, b. prezes Funduszu Marek K. oraz b. członkowie zarządu i rady nadzorczej tej instytucji. Grozi im kara do 10 lat więzienia.
W kwietniu rozpoczął się proces Pęczaka, którego prokuratura oskarżyła m.in. o pomocnictwo w oszustwie i płatnej protekcji oraz przyjęcie łapówki. Obok niego na ławie oskarżonych zasiada jeszcze 10 osób, w tym także Waldemar Matusewicz.
Najsłynniejszy piotrkowski polityk
Mimo że nigdy nie był posłem (choć w 1993 r. startował w wyborach do Sejmu), sławą chyba przewyższa wszystkich rodzimych parlamentarzystów. Internetowa Wikipedia tak opisuje naszego byłego prezydenta:
"Waldemar Matusewicz (ur. 1958 w Piotrkowie Trybunalskim) - działacz PZPR, SdRP i SLD (usunięty z partii w 2002 r.), prezydent Piotrkowa Trybunalskiego od 2002 r. do 2006 r.
Stał się znany w całej Polsce w związku ze sprawą karną, a następnie skazaniem. Został oskarżony o łapówki. W dniu zatrzymania w 2004 roku do jego mieszkania na osiedlu XXXV-lecia PRL w Piotrkowie Trybunalskim w godzinach rannych wkroczyła ABW, Matusewicz nie stawiał oporu podczas zatrzymania. Areszt opuścił 4 marca 2005 po uiszczeniu kaucji. Wg "Gazety Wyborczej" w okresie aresztowania był pierwszym prezydentem miasta sprawującym swój urząd zza krat. W wyniku procesu sądowego prawomocnym wyrokiem został skazany na karę 3,5 roku ograniczenia wolności. 17 maja 2007 rozpoczął odbywanie kary.
Funkcje publiczne:
- 1994 - 1997 - wicewojewoda piotrkowski
- 1998 - 2001 - marszałek województwa łódzkiego
- 2002 - 2006 - prezydent miasta Piotrkowa Trybunalskiego".
Ci, którzy go znają i lubią, podkreślają wyjątkową charyzmę, odporność psychiczną i klasę byłego marszałka woj. łódzkiego. Ci, którzy go znają, ale... lubią troszkę mniej, uważają W. Matusewicza za cwaniaka, partyjnego aparatczyka i człowieka, który prawdę mówi tylko wtedy, kiedy się... pomyli.
Zwycięstwo.
Jesień 2002 roku Waldemar Matusewicz wygrywa wybory na prezydenta Piotrkowa, przeprowadzając nowoczesną, sprawną i... chyba niemało kosztującą kampanię wyborczą. Obiecuje w niej zmiany w mieście, które w opinii wielu jego mieszkańców uchodzi za "krainę rencistów i emerytów", spotyka się z wyborcami, jeździ minibusami, a jak trzeba, to także rowerem. Świetnie wypada w mediach: inteligentny, dowcipny, przekonujący, widać że jako jedyny w stawce pretendentów do prezydenckiego fotela, wie co to public relations i polityczny marketing.
Zwycięstwo Matusewicza nie jest po myśli jego byłej partii. Byłej, bo z SLD rozstaje się jeszcze przed wyborami. Oficjalny powód: samowolna, nieskonsultowana z partią, decyzja o starcie w wyborach samorządowych. Nieoficjalnie mówiło się, że panu Waldemarowi nie po drodze było z kilkoma prominentnymi działaczami sojuszu w mieście, a samej rekomendacji i tak by nie dostał, nawet po konsultacjach.
Dostał za to poparcie Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Piotrkowa, grupy która skupiała piotrkowskich biznesmenów, chcących coś zmienić w nieco skostniałym mieście, a już na pewno chcących mieć swojego prezydenta. Poparcie okazuje się skuteczne, Matusewicz wybory wygrywa, a po zaprzysiężeniu przychodzi czas na obiecywane zmiany.
Wiatr zmian
Zaczynają się od zwolnień kilku wysoko postawionych pracowników Urzędu Miasta, kilka tygodni później, dochodzi do zwolnienia wieloletniego dyrektora Miejskiego Ośrodka Kultury. Zmienia się również sam wygląd UM: elewacja zostaje odnowiona, wewnątrz powstaje Biuro Obsługi Mieszkańców, a sam prezydent bryluje w lokalnych mediach, opowiadając o tym, czego już dokonał i czego dokonać zamierza. Jednocześnie wdaje się w konflikt z pracownikami i dyrekcją Miejskiego Zakładu Gospodarki Komunalnej oraz z piotrkowskim społecznikiem i miejskim radnym.
Jest mistrzem PR, co zmuszeni są podkreślić nawet jego polityczni przeciwnicy. A tych nie brakuje. Kiedy Waldemar Matusewicz pracował w Łodzi, znany był jego ostry konflikt z ówczesnym baronem SLD Andrzejem Pęczakiem. Kiedy pracuje w Piotrkowie, do swoich nieprzyjaciół śmiało może zaliczyć sporą część piotrkowskiego SLD, zawsze niechętną mu prawicę, a także wymienionych wcześniej: społecznika i radnego. Niby istnieje powiedzenie, że siłę człowieka mierzy się liczbą jego wrogów, ale... chyba jednak lepiej i bezpieczniej mieć ich jak najmniej.
'dziewięć miesięcy...' Być może tak właśnie pomyślał sobie prezydent, gdy rano, 26 maja 2004 r., z jego własnego mieszkania wyprowadzali go funkcjonariusze ABW. Następne 9 miesięcy będzie rządził miastem zza krat, co powoduje, że o Piotrkowie Trybunalskim usłyszy cały kraj.
W czasie tych 9 miesięcy ludzie, którzy wypromowali W. Matusewicza na prezydenta, organizują referendum. Referendum, mające dać jasną odpowiedź na dwa pytania: czy mieszkańcy chcą, aby ich miastem rządził ten prezydent i ta Rada Miasta. Odpowiedź brzmi: nie, ale wyborcza frekwencja jest zbyt niska. Referendum jest nieważne.
W tym samym czasie prezydent opuszcza areszt. Opuszcza w świetle reflektorów, w obecności kamer i dziennikarzy, czyli prawie dokładnie tak, jak 3 lata później będzie do aresztu, (ale już innego) wchodził.
Powrót Waldemara Matusewicza na wolność nie oznacza, że z tej wolności będzie się mógł cieszyć w nieskończoność: przed nim jeszcze wiele rozpraw, zeznań świadków, zarzutów i odwołań. Prezydent w każdym wywiadzie podkreśla, że jest niewinny, że sam jest ofiarą spisku i zemsty byłych kolegów, bo to przecież on jako pierwszy ujawnił nieprawidłowości w WFOŚ.
Pocałunek śmierci.
Nadchodzą wybory samorządowe 2006, w których udziału Waldemar Matusewicz nie bierze. Nie bierze, ale w ostatniej ich fazie popiera swojego wiceprezydenta, Andrzeja Czaplę. Według jednych, to swoisty "pocałunek śmierci", według innych, gdyby nie kłopoty z wymiarem sprawiedliwości, wybory wygrałby... sam Matusewicz, i to już w pierwszej turze. Nie dowiemy się, kto miał rację. Dowiedzieliśmy się za to, że zwycięzcą listopadowych wyborów został Krzysztof Chojniak.
Także w listopadzie zapada prawomocny wyrok. Waldemar Matusewicz zostaje ostatecznie skazany na 3,5 roku pozbawienia wolności, sąd zalicza mu odbyte 9 miesięcy aresztu. Wyrok zapada, ale... nie jest realizowany. Adwokaci byłego prezydenta występują z wnioskiem o odroczenie wykonania kary ze względu na "ważne powody rodzinne". Sporządzają też kasację do Sądu Najwyższego.
Te działania powodują, że kara rzeczywiście jest odroczona, ale w końcu nadchodzi 17 maja 2007 r. i Waldemar Matusewicz rozpoczyna jej odbywanie. Rozpoczyna w Areszcie Śledczym w Piotrkowie, ale prawdopodobnie trafi wkrótce do oddziału zewnętrznego (w Goleszach).
"Nie czuję się świnią"
Na dwa dni przed 17 maja Waldemar Matusewicz udzielił obszernego wywiadu dziennikarzom Strefy FM i Radia Łódź. Mówił w nim m.in. o tym:
- że przegrał rozpoczętą w 2000 r. wojnę z łódzkimi politykami (właśnie wtedy poinformował prokuraturę o nieprawidłowościach w WFOŚ); że sąd uznał pomówienia Marka K. za wiarygodne; że tak naprawdę idzie do więzienia za 3 faktury wystawione za obiady i, jak to określił, sławetne meble dla SLD
- że nie przeraża go sam fakt pójścia do więzienia, ale to, że odważył się wystąpić przeciwko ludziom, którzy, według niego kradli pieniądze z WFOŚ, i że po 7 latach od tego czasu to on, a nie ci ludzie, idzie do więzienia.
- że cały czas próbuje udowodnić sądowi, że Marek K. jest osobą, która konfabuluje i wymyśla niesamowite opowieści, kiedy tylko znajduje się w sytuacji zagrożenia
- że już w 2000 r. centralne władze SLD chciały wyciszyć jego coraz głośniejszy konflikt z Andrzejem Pęczakiem, ostatecznie stając jednak po stronie tego drugiego
- że zrobił błąd, informując Leszka Millera, przewodniczącego sojuszu o swoich podejrzeniach. Dziś, z perspektywy kilku lat, twierdzi, że powinien od razu iść do prokuratury i złożyć formalny wniosek o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Nie miał dowodów, ale wiele wskazywało, że jak twierdzi, Marek K. "skręcił" 1 mln 900 tys. zł.
Waldemar Matusewicz obawia się, że inni, znając jego historię i napotykając się na podobną sprawę, odwrócą głowę, udając, że nic nie widzą, bo tak będzie dla nich lepiej, wygodniej, łatwiej.
Na pytanie: czy gdyby miał jeszcze jedną szansę od życia, to czy postąpiłby tak samo, były prezydent Piotrkowa odpowiedział:
- Nie będę wysilał się na wielkie, filozoficzne sformułowania. Myślę jednak, że postępowałem dobrze, może nie najlepiej, ale dobrze. Najlepiej na pewno nie, bo nikt nie jest tak genialny, że potrafi myśleć kilka lat do przodu. Wolę być jednak w takiej sytuacji, w jakiej jestem teraz. Trudno, pójdę do więzienia, mając jednak nadzieję, że wybronię się od tych zarzutów. Pójdę, ale wiem, że nie jestem taką świnią jak ci, którzy naprawdę robili przekręty. Gdybym wówczas wyciszył się, schował, to dziś prawdopodobnie nie dawałbym już ze sobą rady. A tak to dzisiaj męczy mnie tylko jawna niesprawiedliwość, ale przynajmniej wewnętrznie czuję, że nie jestem świnią. I to jest dla mnie najważniejsze.
Na naszych oczach kończy się pewien rozdział. Rozdział, którego głównym bohaterem był Waldemar Matusewicz. Czy jednak można powiedzieć, że obserwujemy/obserwowaliśmy koniec Waldemara Matusewicza jako polityka? W to akurat nie wierzą ani jego zwolennicy, ani przeciwnicy. I jednych, i drugich nigdy nie brakowało.
MCtka
(za www.interia.pl) Źródło informacji: i Tydzen Trybunalski
|
|
| « powrót |
|
| Porono i nelegalne oprogramowanie w urzędzie |
Od ponad pół roku były informatyk UM w Szydłowcu jest oskarżony o posiadanie w służbowym komputerze filmów z dziecięcą pornografią.
W służbowym komputerze urzędnika znaleziono filmy z dziecięcą pornografią. Oskarżenie dotyczy również posiadania przez niego pirackiego oprogramowania. Zarzuca mu się także grożenie zabójstwem osobie, która ujawniła aferę.
ŚWIŃSTWA NA DYSKU
Martin J. pracował w Urzędzie Miasta w Szydłowcu jako informatyk, opiekując się miedzy innymi komputerami w Gminnym Centrum Informacji. Według prokuratury, 29 stycznia 2005 roku odwiedził wieczorem tę placówkę i utworzył w komputerach 29 plików zawierających dziecięcą pornografię.
Filmy o takiej właśnie treści ujrzeli stażyści urzędu, którzy 1 lutego 2005 roku po uruchomieniu komputera otworzyli folder z tytułem "ukryte”. O swoim bulwersującym odkryciu powiadomili pracownika, dowiedziała się o tym również Straż Miejska oraz przedstawiciel samorządowych władz. Spisane zostały oświadczenia, dysk twardy komputera zabrano do urzędu i tam zamknięto. Potem, na polecenie burmistrza miasta, Andrzeja Jarzyńskiego, sprawą zajął się ówczesny naczelnik wydziału edukacji, Henryk B. Zdaniem prokuratury miał on zapoznać się z zawartością foldera i w przypadku nie znalezienia pornograficznych treści, skasować jego zawartość. Henryk B. uczynił to 18 lutego i zrobił to na tyle skutecznie, że trzeba było aż dwóch biegłych, by odzyskać szczątkowe dane.
Okazały się nimi nazwy usuniętych plików, które wskazywały, że istotnie znajdowały się tam filmy z pornografią dziecięcą. Co więcej, biegli ustalili, że twardy dysk nosił także zapisy świadczące o późniejszym zacieraniu śladów usunięcia. Podczas przeszukania domu Martina J. policjanci znaleźli w jego prywatnym komputerze filmy pornograficzne, a także pokazujące zoofilię.
Mężczyźnie zarzucono również posiadanie 284 pirackich płyt, programów i gier komputerowych, naruszenie praw autorskich oraz grożenie zabójstwem jednemu ze stażystów, który ujawnił aferę. W samym urzędzie Marina J. ukarano jedynie naganą. Zatrudniony był tam jeszcze szereg miesięcy. Odszedł na własną prośbę.
PROCES W MARCU
W lipcu 2006 roku szydłowiecka prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego w Radomiu akt oskarżenia przeciwko Martinowi J. i Henrykowi B. Obaj nie przyznali się do winy. Jednocześnie prokuratura uznała, że nie ma podstaw do postawienia zarzutów burmistrzowi twierdząc, że przekazując Henrykowi B. komputer do zbadania nie miał jeszcze pewności, jakie treści się na nim znajdują.
Pomimo, że od wpłynięcia aktu oskarżenia minęło już ponad pół roku ta sprawa nie trafiła jeszcze na wokandę. Dlaczego? - takie pytanie zadaliśmy Marcinowi Kobylskiemu, przewodniczącemu II wydziału karnego w radomskim sądzie.
- Po połączeniu dwóch wydziałów karnych znowu pojawiły się u nas zaległości. Musieliśmy też na pewien czas "wypożyczyć” akta do szydłowieckiej prokuratury, która nas o to poprosiła. Termin został już wyznaczony, proces rozpocznie się 6 marca - poinformował nas przewodniczący
(za www.echodnia.eu) |
|
| « powrót |
|
| Limuzyna dla Prezydenta za ponad 200 tys. |
Prezydent Kielc jeździ służbowo limuzyną Audi . Za niewygórowaną cenę 208 tys. zł kielecki prezydent nabył najnowszą limuzynę Audi. Napęd na cztery koła, silnik o pojemności trzech litrów, pięć metrów długości - to wszystko jest niezbędne do godnego reprezentowania miasta przez Wojciecha Lubawskiego.
Dostawcą samochodu jest autoryzowany dealer Audi z Modlnicy pod Krakowem. Umowę między nim a miastem podpisano 4 kwietnia. Nowa limuzyna ma trafić do Kielc do 25 maja - podaje gazeta.pl.
- To auto dla młodych, dynamicznych i do tego posiadających pieniądze mężczyzn - mówi Łukasz Dąbrowski z Autocentrum w Kielcach. - Ma bardzo dobre przyśpieszenie, doskonałe osiągi. Kupują go bardzo dobrze opłacani menedżerowie, dyrektorzy firm. W Kielcach jeździ kilka takich egzemplarzy - dodaje.
Samochód idealnie nadaje się na długie trasy - raczej nie jest to samochód do jazdy po mieście - podkreśla Łukasz Dąbrowski. Przy takich gabarytach ciężko będzie się poruszać prezydentowi po wąskich uliczkach Kielc.
Samochód jest kosztowny w utrzymaniu. Roczne ubezpieczenie auto casco wynosi od 6 do 10 proc. wartości pojazdu, w tym przypadku będzie to więc około 20 tys. zł rocznie. Drogie są też części. - Choć samochód ma dwuletnią gwarancję na całość, a dwunastoletnią na perforację blachy - zastrzega przedstawiciel Autocentrum.
Prezydent Rzeszowa jeździ Citroenem C5 z 2002 roku i Oplem Astrą z 2003 roku. Opolski prezydent służbowo jeździ dwuletnim Fordem Mondeo. Mimo iż służbowe auta są do dyspozycji prezydentów, na co dzień jeżdżą oni własnymi samochodami, mają na to ustalony ryczałt - tłumaczy Mirosław Pietrucha, rzecznik prezydenta Opola. Równie skromny jest prezydent prężnie rozwijającego się Wrocławia. Rafał Dutkiewicz jeździ Skodą Superb z 2004 roku - podaje gazeta.pl.
Prezydent Kielc nie kupił samochodu na drodze przetargu, ale przez zapytanie o cenę. Taki tryb pozwala kupić to, co się chce, a nie to, co wynika z przetargu, kiedy największe znaczenie ma cena. Rzecznik prezydenta Kielc, zapytany o powód wybrania takiego sposobu zakupu, nie chciał udzielić odpowiedzi.
za (www.interia.pl i www.gazeta.pl ) |
|
| « powrót |
|
| Dwóch Burmistrzów w Sycowie...do którego sie zwrócić? |
Dwóch burmistrzów Sycowa
W wyborach wygrał dotychczasowy radny Sławomir Kapica
Syców na Dolnym Śląsku od wczoraj ma dwóch burmistrzów. Jednego, który wygrał w powtórzonych wyborach i drugiego, którego na stanowisko może w najbliższym czasie przywrócić sąd.
Poprzedni burmistrz Wojciech Kociński został odwołany za zbyt późne złożenie oświadczenia majątkowego żony. Po wyznaczeniu nowego terminu wyborów Trybunał Konstytucyjny uznał, że odwołanie jest niezgodne z prawem.
Wybory się jednak odbyły - wygrał dotychczasowy radny Sławomir Kapica. Kociński nie rezygnuje z walki. Mam satysfakcję związaną stricte z prawem, czyli z tym orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Będę chciał się nadal odwoływać - zapowiada. Sławomir Kapica też łatwo się nie podda.
Do głosowania uprawnionych było 12790 osób, w wyborach wzięło udział 4409 osób. Frekwencja wyniosła niemal 34,5 proc. Na Kapicę oddano 2477 głosów, na jego kontrkandydata 1890.
za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Sukces ABW |
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego odkryła kilkadziesiąt akt SB, które powinny trafić do Instytutu Pamięci Narodowej. Znajdowały się one u członków komitetu wyborczego Kazimierza Libuckiego, którego w wybrano na burmistrza Dziwnowa (Zachodniopomorskie). Akta służyły do szantażu wyborczego. Libucki mówi PAP, że nic nie wie o takim szantażu.
Jak podała w poniedziałek PAP rzeczniczka prasowa ABW Magdalena Stańczyk, zabezpieczono kilkadziesiąt oryginałów i kserokopii dokumentów SB i Wojsk Ochrony Pogranicza, oznaczonych jako materiały "tajne-specjalnego znaczenia". Pochodziły one m.in. z teczek tajnych współpracowników SB oraz WOP.
Według ABW, były one przechowywane w prywatnych mieszkaniach Waldemara T. i Bogumiły B. - członków komitetu wyborczego Libuckiego, kandydata na burmistrza Dziwnowa - oraz Marka K., byłego oficera zwiadu WOP. Zgodnie z prawem, dokumenty te powinny być przekazane do archiwum IPN. Ich ukrywanie jest naruszeniem przepisów karnych ustawy o IPN i naraża sprawcę na karę od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.
Śledztwo w sprawie ukrywania dokumentów wszczęto po tym, jak do Prokuratury Rejonowej w Kamieniu Pomorskim wpłynęło zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w związku z próbą szantażu jednego z kandydatów na burmistrza. W tym obwodzie wyborczym po utracie przez jednego z kandydatów prawa wyborczego - zgodnie z zapisami ordynacji wyborczej - odbyły się w niedzielę opóźnione wybory na urząd burmistrza. Burmistrzem został Kazimierz Libucki.
Według ABW, 15 listopada z kandydującym w tych wyborach Markiem Lisowskim skontaktowali się Waldemar T. i Bronisław B. z komitetu wyborczego Libuckiego - z sugestią odstąpienia od udziału w wyborach. Ostrzegli, że mają kompromitujące materiały dotyczące jego współpracy z SB, a w przypadku nieodstąpienia od zamiaru kandydowania opublikują je w prasie. Lisowski odmówił, wobec czego następnego dnia w lokalnym piśmie ukazał się artykuł ujawniający jego współpracę z tajnymi służbami PRL.
Trzy dni później, były oficer zwiadu wojskowego WOP - Marek K. zaproponował Lisowskimu "układ", w którego myśl, w zamian za posadę wiceburmistrza, dostarczy oryginalne dokumenty SB kompromitujące jego kontrkandydata w wyborach. Miały to być dokumenty poświadczające współpracę Libuckiego z SB.
Były pogranicznik udzielił 5 grudnia wywiadu szczecińskiemu dziennikowi regionalnemu, w którym powiedział, że dysponuje dokumentami pochodzącymi z archiwum SB, zawierającymi informacje dotyczące współpracy z nią jeszcze kilkunastu osób. Jednocześnie wskazał, że materiały te uzyskał od byłych funkcjonariuszy SB.
Według ABW, jednym z wątków śledztwa jest "określenie okoliczności uzyskania przez Marka K., Waldemara T. i Bogumiłę B. dokumentów wytworzonych przez SB i WOP".
Jak powiedział PAP Lisowski, to on powiadomił prokuraturę o propozycji Waldemara T. oraz Bronisława B. "Zgłosiłem ten fakt tego samego dnia, kiedy przyszli do mnie" - podkreślił. Także on powiadomił prokuraturę o propozycji Marka K. "Przedstawiłem dowody w tej sprawie, a są nimi zapisane rozmowy między mną a K., ponieważ odmówiłem spotkania i korespondowaliśmy" - dodał.
Lisowski przyznał PAP, że w latach 1976-89 był tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL; nie ujawnił jednak, których.
Libucki powiedział zaś PAP, że nic nie wie o rzekomym szantażu wobec Lisowskiego. Przyznał, że Waldemar T. oraz Bogusław B. byli członkami jego komitetu wyborczego, ale jeśli szantażowali Marka L. to "nie z jego inspiracji i bez jego wiedzy". Przyznał również, że Waldemar T. jest redaktorem naczelnym lokalnego pisma "Pomorzanin", na łamach którego opublikowano dokumenty dotyczące jego kontrkandydata. Zarazem Libucki zapewnił PAP, że nie był agentem w PRL.
Walka na "teczki" dotyczące kandydatów na burmistrza Dziwnowa rozpętała się już przed drugą turą. W lokalnych gazetach i na słupach ogłoszeniowych pojawiły się kopie dokumentów ujawniające agenturalną przeszłość Lisowskiego. Obaj kandydaci są bezpartyjni; zgłosiły ich lokalne komitety wyborcze.
za www.money.pl i (PAP)
---------------------------------------------------------------------------------------------
Zarzut przestępstwa wobec wiceprezydenta Słupska. Prokuratura Rejonowa w Słupsku (Pomorskie) postawiła wiceprezydentowi miasta Ryszardowi Kwiatkowskiemu i kierownikowi wydziału urbanistyki i architektury Andrzejowi Poźniakowi zarzut popełnienia tzw. przestępstwa urzędniczego przy zmianie planu zagospodarowania przestrzennego.
Jak powiedziała prokurator rejonowa w Słupsku Maria Pawłyna, obaj urzędnicy mieli między 29 stycznia a 13 grudnia 2003 r. przekroczyć swoje uprawnienia i nie dopełnić obowiązków. Nastąpiło to przy wprowadzaniu zmian do miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego osiedla Westerplatte-Hubalczyków.
- Zmiany w planie powinna wprowadzać osoba z uprawnieniami urbanistycznymi, których wprowadzający architekt (Andrzej Poźniak - red.) wówczas nie miał - wyjaśniła prokurator Pawłyna.
Wiceprezydent Kwiatkowski usłyszał zarzut przekroczenia i niedopełnienia obowiązków, gdyż jako przełożony Poźniaka dopuścił do tego.
Obu urzędnikom grozi za to do 3 lat więzienia. Żaden z nich nie przyznał się w śledztwie do zarzutów. Kwiatkowski skorzystał z prawa do odmowy składania wyjaśnień.
Według prokuratury akt oskarżenia wobec obu urzędników może trafić do sądu jeszcze w styczniu.
za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Konsekwencje afer z oświadczeniami majątkowymi |
Paraliż w gminach.
Gminy, w których burmistrzowie i wójtowie za późno złożyli oświadczenia majątkowe, czekają poważne kłopoty. Najpierw premier kazał szybko odwołać spóźnialskich ze stanowisk, a teraz nie spieszy się, by powołać ich następców - alarmuje "Słowo Polskie Gazeta Wrocławska".
W 24-tysięcznym Miliczu od poniedziałku nie będzie można dostać dowodu osobistego, zameldować się, założyć lub zlikwidować firmy, kupić od gminy mieszkania. Miasto nie zrobi też dużych zakupów ani nie rozpocznie poważnych remontów, bo nie będzie mogło ogłosić żadnego przetargu. Do wszystkich tych decyzji potrzebny jest podpis burmistrza. A tego w miasteczku nie ma od dwóch tygodni.
Jak informuje gazeta, Damian Stachowiak stracił stanowisko, bo jego odwołania zażądał od radnych wojewoda. To kara za to, że samorządowiec nie dostarczył na czas oświadczenia o działalności gospodarczej swojej żony. Do soboty gminą rządzili dotychczasowi zastępcy Stachowiaka. Ale im też skończyły się umowy o pracę. Etaty stracili 3 marca, po dwutygodniowym okresie wypowiedzenia.
Miliczem i 91 okolicznymi wsiami nie ma kto rządzić, bo premier Jarosław Kaczyński do tej pory nie wyznaczył tymczasowego szefa gminy. Nie zrobił tego, choć wniosek w tej sprawie dawno już leży na jego biurku.
- Wysłaliśmy go do Warszawy 22 lutego - zapewnia Agnieszka Majcher z Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego. - Zwyczajowo to wojewoda podpowiada premierowi, kto byłby najlepszym komisarzem - dodaje. W kancelarii premiera nie potrafiono w piątek odpowiedzieć, kiedy Jarosław Kaczyński podpisze się pod dokumentem.
Prof. Michał Kulesza, specjalista prawa administracyjnego z Uniwersytetu Warszawskiego, nie ma wątpliwości - premier powinien powołać komisarza natychmiast po tym, jak poprzedni burmistrz stracił pracę.
- Zwlekanie z takimi decyzjami niszczy samorządy i ośmiesza państwo. Brak burmistrza całkowicie destabilizuje przecież pracę gminy - ocenia. - Już dawno należało też wyznaczyć termin wyborów, żeby nowy burmistrz jak najszybciej mógł rozpocząć pracę - uważa rozmówca "Słowa Polskiego Gazety Wrocławskiej".
(za www.interia.pl )
|
|
| « powrót |
|
| Wygaśnięcie mandatu Burmistrza Gminy Wolin w związku ze śpóźnieniem złożenia oświadczenia majątkowego |
W województwie zachodniopomorskim mandaty z powodu spóźnienia z oświadczeniem o działalności gospodarczej współmałżonka, według wojewody, powinno stracić 12 samorządowców - 2 prezydentów (Świnoujście i Kołobrzeg), 5 burmistrzów (Człopa, Mirosławiec, Pełczyce, Wolin, Złocieniec) i 5 wójtów (gminy: Białogard, Kołobrzeg, Mielno, Nowogródek Pomorski, Rewal).
Jak dotąd tylko rada Wolina podjęła uchwałę o wygaśnięciu mandatu burmistrza. W środę odwołanego 12 lutego Eugeniusza Jasiewicza zastąpił urzędzie powołany przez wojewodę p.o. burmistrza Jan Magda
Natomiast, mimo dwóch nadzwyczajnych sesji radnym Świnoujścia (Zachodniopomorskie) nie udało się w środę podjąć uchwały w sprawie mandatu prezydenta Janusza Żmurkiewicza, który spóźnił się ze złożeniem oświadczenia dotyczącego działalności gospodarczej żony.
Głosowania - jak poinformował rzecznik prezydenta Świnoujścia Robert Karelus - nie przyniosły rozstrzygnięcia, bo 10 radnych było za odwołaniem Żmurkiewicza, a 10 przeciw. "Wobec pata zdajemy się na rozstrzygnięcie wojewody i wyrok Trybunału Konstytucyjnego - powiedział Karelus.
Równowaga w głosowaniach to efekt uprawomocnienia się karnego wyroku wobec radnego Sławomira Nowickiego, który z tej przyczyny sam złożył mandat. Nowicki był w grupie radnych popierających prezydenta, gdyby mógł głosować, rada przyjęłaby uchwałę o odmowie stwierdzenia wygaśnięcia mandatu Żmurkiewicza.
Dwie nadzwyczajne sesje poświęcone tej samej sprawie to efekt dwóch wniosków o zwołanie posiedzenia złożonych w tym samym terminie do przewodniczącego rady. Jeden złożyła opozycja, drugi rządząca koalicja.
Uchwałę o odmowie stwierdzenia wygaśnięcia mandatu burmistrza bez problemu przyjęła w środę wieczorem rada Złocieńca. Za uznaniem ważności mandatu Waldemara Włodarczyka, który również spóźnił się z oświadczeniem o działalności gospodarczej żony, opowiedziała się cała 15-osobowa rada.
Włodarczyk wyjaśniał radnym, że jego zdaniem w przypadku ciągłości władzy (burmistrzem został po raz kolejny) i przy braku jakichkolwiek zmian w sytuacji jego żony (nadal prowadzi własny interes) obowiązuje stare oświadczenie.
Burmistrz Złocieńca przyznał przed radą, że nowy dokument złożył wojewodzie, po tym jak do magistratu przyszła informacja o takim obowiązku, ale zrobił to 6 dni po terminie.
za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Porno i nielegalne oprogramowanie w komputerze Urzędnika w Szydłowcu |
Od ponad pół roku były informatyk UM w Szydłowcu jest oskarżony o posiadanie w służbowym komputerze filmów z dziecięcą pornografią.
W służbowym komputerze urzędnika znaleziono filmy z dziecięcą pornografią. Oskarżenie dotyczy również posiadania przez niego pirackiego oprogramowania. Zarzuca mu się także grożenie zabójstwem osobie, która ujawniła aferę. Proces rusza w marcu.
ŚWIŃSTWA NA DYSKU
Martin J. pracował w Urzędzie Miasta w Szydłowcu jako informatyk, opiekując się miedzy innymi komputerami w Gminnym Centrum Informacji. Według prokuratury, 29 stycznia 2005 roku odwiedził wieczorem tę placówkę i utworzył w komputerach 29 plików zawierających dziecięcą pornografię.
Filmy o takiej właśnie treści ujrzeli stażyści urzędu, którzy 1 lutego 2005 roku po uruchomieniu komputera otworzyli folder z tytułem "ukryte”. O swoim bulwersującym odkryciu powiadomili pracownika, dowiedziała się o tym również Straż Miejska oraz przedstawiciel samorządowych władz. Spisane zostały oświadczenia, dysk twardy komputera zabrano do urzędu i tam zamknięto. Potem, na polecenie burmistrza miasta, Andrzeja Jarzyńskiego, sprawą zajął się ówczesny naczelnik wydziału edukacji, Henryk B. Zdaniem prokuratury miał on zapoznać się z zawartością foldera i w przypadku nie znalezienia pornograficznych treści, skasować jego zawartość. Henryk B. uczynił to 18 lutego i zrobił to na tyle skutecznie, że trzeba było aż dwóch biegłych, by odzyskać szczątkowe dane.
Okazały się nimi nazwy usuniętych plików, które wskazywały, że istotnie znajdowały się tam filmy z pornografią dziecięcą. Co więcej, biegli ustalili, że twardy dysk nosił także zapisy świadczące o późniejszym zacieraniu śladów usunięcia. Podczas przeszukania domu Martina J. policjanci znaleźli w jego prywatnym komputerze filmy pornograficzne, a także pokazujące zoofilię.
Mężczyźnie zarzucono również posiadanie 284 pirackich płyt, programów i gier komputerowych, naruszenie praw autorskich oraz grożenie zabójstwem jednemu ze stażystów, który ujawnił aferę. W samym urzędzie Marina J. ukarano jedynie naganą. Zatrudniony był tam jeszcze szereg miesięcy. Odszedł na własną prośbę.
PROCES W MARCU
W lipcu 2006 roku szydłowiecka prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego w Radomiu akt oskarżenia przeciwko Martinowi J. i Henrykowi B. Obaj nie przyznali się do winy. Jednocześnie prokuratura uznała, że nie ma podstaw do postawienia zarzutów burmistrzowi twierdząc, że przekazując Henrykowi B. komputer do zbadania nie miał jeszcze pewności, jakie treści się na nim znajdują.
Pomimo, że od wpłynięcia aktu oskarżenia minęło już ponad pół roku ta sprawa nie trafiła jeszcze na wokandę. Dlaczego? - takie pytanie zadaliśmy Marcinowi Kobylskiemu, przewodniczącemu II wydziału karnego w radomskim sądzie.
- Po połączeniu dwóch wydziałów karnych znowu pojawiły się u nas zaległości. Musieliśmy też na pewien czas "wypożyczyć” akta do szydłowieckiej prokuratury, która nas o to poprosiła. Termin został już wyznaczony, proces rozpocznie się 6 marca - poinformował nas przewodniczący
za www.echodnia.eu |
|
| « powrót |
|
| Czy to możliwe aby Radna powiedziała: "sprzedajne dziwki" "śmierdzące psy" |
Radna przeprosiła: Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam. Już więcej nie dam się ponieść emocjom - powiedziała radna Grażyna Wojciechowska na wczorajszej sesji Rady Miasta, relacjonuje "Gazeta Lubuska".
O szokujących wyzwiskach, jakimi radna i szefowa Związku Nauczycielstwa Polskiego w Gorzowie obrzuciła innych radnych, "GL" napisała jako pierwsza już 29 listopada. Dziennik przypomina, że gdy kilku radnych odmówiło poparcia jej kandydatury na stanowisko wiceprzewodniczącej Rady Miasta, zaczęła ich wulgarnie wyzywać. Kilku radnych SLD nazwała "kłamliwymi psami", radną Izabelę Szafrańską - Słupecką szmaciarą, a Stanisława Łazowskiego (oboje z komitetu wyborczego Tadeusza Jędrzejczaka) śmierdzącym emerytem. W kierunku senatora PO Jacka Bachalskiego, który rozmawiał z radnymi platformy rzuciła: - Sprzedajne dziwki!
Grażyna Wojciechowska w rozmowie z "GL" zarzekała się wtedy, że nawet nie zna "takich wyrazów" i nikogo nie wyzywała. Zaprzeczała, choć słyszał je reporter "GL" i wyzywani radni. Wczoraj zmieniła jednak zdanie. Gdy na sesji odczytano list od urażonego radnego Łazowskiego, Wojciechowska weszła na mównicę i przeprosiła. - Wstyd mi, że zareagowałam tak nieelegancko. Zostałam jednak doprowadzona do zenitu wytrzymałości i nie wytrzymałam. Już więcej nie dam się ponieść emocjom - obiecała. Pomimo tego klub SLD szykuje specjalną uchwałę, która ma napiętnować zachowanie radnej. - Szukamy 13 głosów, które są niezbędne do jej poparcia. Dla nas ta sprawa się nie skończyła. Ale szczegółów nie mogę zdradzić - powiedział "GL" Zbigniew Żbikowski.
za: www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Dyrektor szkoły podstawowej w Kielcach skazany na 2 lata |
Na karę dwóch lat pozbawienia wolności skazał w środę kielecki sąd rejonowy byłego dyrektora szkoły podstawowej nr 5 w Kielcach Władysława Staweckiego, oskarżonego m.in. o wykorzystywanie pracowników szkoły do nieodpłatnej pracy w jego gospodarstwie.
Prokuratura postawiła oskarżonemu łącznie 24 zarzuty. Większość dotyczyła czerpania korzyści osobistych przez nadużywanie zajmowanego stanowiska - dyrektor miał wykorzystywać pracowników przede wszystkim do zbioru śliwek oraz innych prac w gospodarstwie rolnym w Szydłowie. Dyrektora oskarżono także o przyjęcie korzyści majątkowych od dwóch pracowników.
Sąd uznał oskarżonego winnym wszystkich zarzucanych czynów i wymierzył mu karę łączną dwóch lat pozbawienia wolności. - W ocenie sądu tylko bezwzględna kara pozbawienia wolności jest w stanie oddać wysoki stopień winy i społecznej szkodliwości czynu Władysława Staweckiego oraz uczyni zadość poczuciu sprawiedliwości - powiedział w uzasadnieniu wyroku przewodniczący składu orzekającego Tomasz Zieliński.
Wyrok nie jest prawomocny. Obrońca oskarżonego zapowiedział w rozmowie z dziennikarzami apelację. Sąd zezwolił na publikację danych osobowych dyrektora, gdyż przemawia za tym interes społeczny.
Na ławie oskarżonych oprócz dyrektora zasiadało w tym procesie dwoje innych pracowników szkoły. Sekretarkę oskarżoną o udzielenie dyrektorowi pomocy w przyjęciu korzyści majątkowych od innego pracownika sąd skazał na karę dziewięciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu i grzywnę. Dozorca-palacz za wręczenie dyrektorowi łapówki w zamian za dodatkowy urlop został skazany na siedem miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu i grzywnę. Oskarżeni nie przyznali się do winy.
Według aktu oskarżenia jeden z pracowników miał świadczyć dyrektorowi pracę aż 300 razy, drugi - sto razy, inni po kilka - kilkadziesiąt razy. Większość zarzutów dotyczy zbioru śliwek i innych prac w jego gospodarstwie rolnym w Szydłowie. Sprzątaczki - według prokuratury - myły dyrektorowi samochód i sprzątały prywatne mieszkanie. Inni pracownicy wykonali remont w mieszkaniu córki dyrektora w Warszawie. Proceder miał trwać od 1994 roku.
Dyrektor nie przyznał się do przyjęcia łapówek. Powiedział na pierwszej rozprawie, iż faktem jest, że niektórzy pracownicy szkoły pomagali mu w gospodarstwie, ale robili to dobrowolnie, bez żadnego przymusu. Wyjaśnił, że były to jednostkowe sytuacje, a nie tak "astronomiczne ilości" jak w akcie oskarżenia. W zamian pracownicy brali sobie płody rolne, w ilościach jakie chcieli, np. cały bagażnik śliwek.
|
|
| « powrót |
|
| Wójt kontra Wojewoda |
Kolejne wezwanie do "zaprzestania łamania prawa" w sprawie zlikwidowanej szkoły podstawowej w Siedlimowie, wystosował do wójta Jezior Wielkich wojewoda kujawsko-pomorski. Zlikwidowana formalnie placówka walczy od kilku miesięcy o przetrwanie.
Decyzja o likwidacji szkoły w Siedlimowie zapadła przed rokiem, ale po ostatnich protestach rodziców uchwałę - z przyczyn formalnych - uchylił wojewoda. Sprawa czeka na rozstrzygnięcie w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, a w walkę o utrzymanie placówki włączył się wicepremier i minister edukacji Roman Giertych.
- Za niezgodne z prawem trzeba uznać działania wójta dotyczące odmowy wypłacania stypendiów socjalnych uczniom Szkoły Podstawowej w Siedlimowie, mimo że pieniądze na ten cel gmina otrzymała z budżetu państwa. Wobec bierności wójta podtrzymujemy także wcześniejsze zarzuty - powiedziała Marzenna Drab, wicewojewoda kujawsko-pomorski.
Dotychczas wicewojewoda zarzucała wójtowi niezgodne z przepisami rozwiązanie stosunku pracy z dyrektorem i nauczycielami Szkoły Podstawowej w Siedlimowie, niezapewnienie transportu i opieki uczniom oraz wykonywanie uchwały Rady Gminy Jeziora Wielkie o likwidacji szkoły. Zdaniem Marzenny Drab, wykonanie uchwały powinno poczekać do ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy przez Naczelny Sąd Administracyjny, mimo że prawnicy wojewody nie zwracali się do sądu o wydanie sądowego nakazu wstrzymania wykonania uchwały.
- Sprawa stypendiów socjalnych jest już rozwiązana. Rodzice powinni dostarczyć wraz z wnioskiem zaświadczenie o nauce dziecka w szkole, ale ponieważ placówka w Siedlimowie formalnie nie istnieje, na własną odpowiedzialność zarządziłem, by mimo to wypłacić tym kilkunastu rodzinom przysługujące ich dzieciom pieniądze - powiedział wójt gminy Jeziora Wielkie, Marek Maruszak.
Wójt zapewnił, że na dotychczasowe uwagi ze strony wojewody odpowiadał niezwłocznie i nigdy nie było już reakcji na jego pisma, więc uznał problemy za wyjaśnione. Osobiście próbował umówić się na rozmowę z urzędującym od trzech tygodni nowym wojewodą kujawsko-pomorskim, Zbigniewem Hoffmannem, ale do tej pory nie znalazł on dla wójta czasu na rozmowę.
Tymczasem w piątek wicewojewoda Marzenna Drab zagroziła, że upomnienie w sprawie stypendiów jest już ostatnim w sprawie szkoły i kolejne przypadki "naruszania prawa" przez wójta spowodują złożenie wniosku do premiera o jego odwołanie. Taką możliwość sugerował już na początku września wicepremier i minister edukacji Roman Giertych, który wówczas odwiedził Siedlimowo.
Krytycznej oceny władz gminy nie podzielają mieszkańcy gminy Jeziora Wielkie. W wyborach samorządowych wójt zdobył ponad 50 proc. głosów już w pierwszej turze wyborów, a do rady gminy weszły cztery osoby z jej poprzedniego grona, w tym jej przewodniczący, któremu powierzono tę godność także w nowej kadencji.
- Nie rozumiem, dlaczego urzędnicy nie chcą poczekać spokojnie do 14 grudnia, kiedy to NSA oceni legalność uchwały o likwidacji szkoły i może wreszcie okaże się, czy faktycznie to ja łamię prawo - zaznaczył Maruszak.
Decyzja o zamknięciu niewielkiej szkoły i przeniesieniu uczniów do odległego o cztery kilometry Wójcina zapadła rok temu i była elementem programu naprawczego poważnie zadłużonej gminy Jeziora Wielkie. Za zgodą kuratorium, radni zdecydowali o zamknięciu placówki, ale po protestach rodziców uchwałę uchylił z przyczyn formalnych wojewoda.
W budynku szkoły w Siedlimowie od 1 września odbywają się normalne lekcje. Do świętującej w tym roku stulecie szkoły w Siedlimowie uczęszcza 77 uczniów. Placówka zatrudnia ośmiu nauczycieli i pracowników obsługi.
(źródło: www.interia.pl) |
|
| « powrót |
|
| W wyborach na Wójta, głos na wagę złota, sprzedawany po 10 złotych |
Głosy za 10 zł, zarzuty dla 10 osób. Dziesięciu osobom z gminy Bartoszyce (Warmińsko-Mazurskie) policja postawiła zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych w wysokości 10 zł., podczas niedawnych wyborów na wójta tamtejszej gminy. Wszyscy przyznali się do winy.
Poinformował o tym rzecznik bartoszyckiej policji, asp. sztab. Henryk Sołodki.
Dotąd policja nie przesłuchała jeszcze kobiety, która wręczała pieniądze wyborcom, ani kandydata na wójta, który miał w ten sposób zyskać poparcie mieszkańców gminy. Prokuratura i policjanci wciąż szukają kolejnych dowodów i wyjaśniają okoliczności przekupstwa wyborczego w gminie Bartoszyce.
Całe zdarzenie miało miejsce w dniu wyborów samorządowych w miejscowości Wojciechy. Według świadków, część z głosujących nie przyjęła pieniędzy, a o całej sprawie natychmiast powiadomiono organy ścigania.
Z dotychczasowych ustaleń wynika, że wyborców namawiano do wyboru na kolejną kadencję obecnie urzędującego wójta Bartoszyc.
Jak się nieoficjalnie dowiedziała PAP, w jednym z tamtejszych sztabów wyborczych, mogło dojść także o nakłaniania do oddawania głosu na konkretnego kandydata do rady gminy. W sprawie wyborów w gminie Bartoszyce skierowano w poniedziałek do Sądu Okręgowego w Olsztynie uzupełniony protest wyborczy. Na razie nie wiadomo, kiedy zostanie on rozpatrzony. Rzecznik sądu, Waldemar Pałka, wyjaśnił, że sąd ma 30 dni na rozpatrzenie wniosku zaskarżającego ważność wyborów.
za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Urząd zalany wodą z toalety- dokumentyne stracone - a wystarczyło wcześniej wprowadzić dokumenty do bazy komputerowej |
Urząd Pracy zalany
Powiatowy Urząd Pracy w Strzelinie został zalany. Większości dokumentów nie uda się uratować - informuje "Słowo Polskie - Gazeta Wrocławska".
To już druga powódź, która nawiedziła urząd. W ubiegłym roku pomieszczenia zalała woda z męskiej toalety, tym razem - z damskiej.
Grażyna Bąkowska, dyrektor strzelińskiego urzędu pracy sytuację ocenia jako tragiczną. W biurach mieszczących się w piwnicach starostwa, przemokły meble, ściany i najważniejsze dokumenty zarejestrowanych bezrobotnych.
Bąkowska przyznaje, że trudno je będzie teraz odtworzyć. Ratunkiem dla niektórych jest system komputerowy. Ten ocalał, ale nie jest w pełni sprawny. Poza tym nie wszystkie dane zostały tam wprowadzone.
Straty jakie poniósł PUP będą wielkie. Choć nikt ich jeszcze nie policzył, to szacuje się, że mogą wynieść nawet 200 tys. zł. Cztery tysiące bezrobotnych będzie mieć kłopoty za załatwieniem różnych formalności. Zasiłki dostaną jednak w terminie.
(za www.interia.pl) |
|
| « powrót |
|
| Pornograficzne zdjęcia zamiast informacji o mieście. |
Pornograficzne zdjęcia zamiast informacji o mieście i zabytkach pojawiły się minionej nocy w automatach informacyjnych na terenie Chełmna (Kujawsko-Pomorskie). Policja poszukuje hakera, który złamał zabezpieczenia urządzeń.
- We wtorek, po godzinie 2 nad ranem, policjanci pełniący służbę w okolicach Urzędu Miejskiego w Chełmnie zauważyli na ekranie "infokiosku", gdzie drogą elektroniczną można uzyskać informacje o mieście, wyświetloną stronę ze zdjęciami o treści pornograficznej. Jak ustalili, także w pozostałych dwóch urządzeniach, pojawiły się podobne materiały - poinformowała Katarzyna Witkowska z zespołu prasowego kujawsko-pomorskiej policji.
Oficer dyżurny powiadomił o całej sytuacji burmistrza miasta, który zdecydował o natychmiastowym wyłączeniu urządzeń, do czasu przywrócenia ich normalnego działania.
- Prowadzący dochodzenie policjanci i biegli z dziedziny informatyki będą sprawdzać, w jaki sposób zdjęcia te mogły znaleźć się na stronach Urzędu Miejskiego w Chełmnie - dodała Witkowska.
Jeśli uda się zidentyfikować komputerowego włamywacza, grozić mu będzie kara do dwóch lat więzienia.
(za www.interia.pl) |
|
| « powrót |
|
| Wiceprezydent aresztowany-łapówki w związku z informatyzacją w gminie Warszawa-Centrum |
Paweł B. - były wiceprezydent Warszawy z ramienia PO, został aresztowany na 3 miesiące.
Mężczyznę zatrzymano 2 dni temu - zarzuca się mu przyjęcie w latach 90. łapówek na kwotę niemal miliona złotych.
Oprócz B. zatrzymano też dwóch urzędników ratusza, którzy także zostali aresztowani. Oni jednak, jak wyjaśnił Łochowski, w areszcie będą przebywali miesiąc.
- Istnieje co prawda w ich wypadku obawa matactwa. Jednak, jeżeli prokurator odpowiednio zabezpieczy materiał dowodowy, ta obawa zniknie. Miesiąc, zdaniem sądu, powinien prokuratorowi wystarczyć - wyjaśnił rzecznik prasowy Sądu Okręgowego Warszawa Praga, sędzia Marcin Łochowski.
- Zarzuty wobec zatrzymanego w czwartek Pawła B. są bardzo poważne; kwoty łapówek idą w setki tysięcy złotych - mówił w piątek prokurator krajowy Janusz Kaczmarek. Dodał, że zatrzymanie B. oraz trzech innych osób, to kolejny cios w tzw. układ warszawski (gdy Warszawą przed 2002 r. rządziła koalicja SLD najpierw z UW, a potem PO - red.).
Według piątkowej "Rzeczpospolitej", prokuratura ma dowody, że Paweł B. wziął prawie milion złotych łapówki. Były polityk PO miał je przyjąć w latach 1995-1997, gdy pełnił funkcję zastępcy prezydenta Warszawy w gminie Warszawa-Centrum. Łapówki miały pochodzić od przedstawiciela firmy Baza (20 tys. zł); od przedstawiciela firmy Energotel (300 tys. zł) oraz od firmy Warimpex Finanz und Beteiligungs AG z Wiednia (100 tys. dolarów) - w zamian za zgodę na budowę biurowca przy ul. Siennej i hotelu Intercontinental przy ul. Emilii Plater w Warszawie. W dwóch ostatnich sprawach pośrednikiem miał być zamordowany przed rokiem b. szef Rady Gminy Centrum Bogdan Tyszkiewicz, powiązany z gangiem pruszkowskim. W lipcu tego roku policja już raz zatrzymała Pawła B., podejrzanego wtedy o przyjęcie 220 tys. zł łapówki za jeden z przetargów w 1997 r. na informatyzację urzędu. Sąd aresztował B. (ten nie przyznał się do winy). We wrześniu sąd zgodził się na zwolnienie go z aresztu po wpłaceniu 250 tys. zł kaucji. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro mówił wtedy, że cała sprawa potwierdza przekonanie b. prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego o układzie korupcyjnym w mieście.
za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Zaległe urlopy Wójtów i Burmistrzów - wystarczy zmienić Prawo Pracy |
Mandaty za zaległe urlopy.
Przewodniczący rad miejskich i gminnych mogą dostać mandaty za zaległe urlopy wójtów, burmistrzów i prezydentów, którym kończy się kadencja.
- Takie przypadki już się zdarzały, potwierdza "Dziennikowi Łódzkiemu" Jerzy Iwaszkiewicz z Państwowej Inspekcji Pracy z Łodzi.
Włodarze gmin po zakończeniu kadencji mogą pobrać ekwiwalent za niewykorzystany urlop, nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Dziennik sprawdził, że w woj.łódzkim sprawa dotyczy większości wójtów, burmistrzów i prezydentów. Rekordzista, Janusz Czapla, wójt Żytna w powiecie radomszczańskim, przyznaje się do 100 dni zaległego urlopu. Jak twierdzi, praca szefa gminy jest tak absorbująca, że nie ma czasu na wypoczynek.
46 dni zaległego urlopu ma wójt Masłowic Bogusław Gontkowski, po 44 dni wójt Gidel Krystyna Wójcicka i starosta radomszczański Michał Deszcz, 69 ? Władysław Iszczek, wójt Brąszewic, a 56 - Barbara Mrozowska-Nieradko, prezydent Sieradza.
- Za "nieudzielenie w terminie urlopu" i "pozbawienie wójta prawa do wypoczynku" grozi mandat do tysiąca zł. Jeśli skala zaniedbań jest duża, sprawa może trafić do sądu, który wymierzy grzywnę do 5 tys. zł. Takie kary grożą przewodniczącym rad.
- Byłbym bardzo zaskoczony, gdybym został za to ukarany, mówi Jerzy Gorzędowski, przewodniczący Rady Gminy Radomsko. - Nie jestem urzędnikiem, funkcję pełnię społecznie. - Jak mam wójta zmusić do wzięcia urlopu?
Dla wójtów to dodatkowy i poważny zastrzyk finansowy na zakończenie kadencji. Np. wójt Żytna za 100 dni niewykorzystanego urlopu może liczyć na blisko 30 tys. zł
za www.interia.pl
|
|
| « powrót |
|
| Urzędnicy Inowrocławia wraz ze sprzątaczką sprawdzani wykrywaczem kłamstw |
Prezydent chce sprawdzić, czy urzędnicy nie kłamią.
Włodarz Inowrocławia chce przebadać pracowników ratusza wykrywaczem kłamstw, ujawnia "Gazeta Wyborcza". Prezydent tego miasta Ryszard Brejza złożył już stosowny wniosek do prokuratury.
Prezydent chce zbadania niejasności podczas przyznawania w 1998 r. mieszkań komunalnych. Odpowiedzialny za ich przydział był Jacek Olech, do niedawna zastępca Brejzy, a teraz jego rywal w wyborach do fotela prezydenckiego.
Brejza mówi, iż podejrzewa Olecha, że przyznając mieszkania komunalne lokatorom pewnej kamienicy, działał na korzyść właścicieli tego domu, którzy chcieli pozbyć się lokatorów. Dowodem na to ma być pewne pismo autorstwa kamieniczników. Według Brejzy napisali w nim, że chcą jedynie przeniesienia lokatorów do mieszkań komunalnych na czas remontu. Tymczasem przeniesiono ich już na zawsze. Według Olecha właściciele kamienicy od razu domagali się w piśmie wyprowadzenia lokatorów na stałe, więc wszystko było w porządku.
Jak było naprawdę? Trudno ustalić, bo pismo w tajemniczych okolicznościach zaginęło. A właściciele kamienicy odmawiają wypowiadania się w tej sprawie.
Brejza skierował do prokuratury wniosek o badanie wariografem nie tylko Olecha i siebie, ale też urzędników magistratu niższego szczebla, nawet sprzątaczki. - Sprawa dotyczy osób, które miały kontakt z zaginionym dokumentem i których zeznania różnią się od siebie, uzasadnia prezydent we wniosku do prokuratury.
Wniosek o badanie wariografem wywołał rozgoryczenie w magistracie. Problem ma też inowrocławska prokuratura. - Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, gdzie jest najbliższy wariograf. Pewnie w Warszawie, mówi Andrzej Burzyński, szef prokuratury rejonowej.
za www.interia.pl
|
|
| « powrót |
|
| Zarząd Komisaryczny w gminie Jeziora Wielkie? |
Wicepremier i minister edukacji Roman Giertych nie wykluczył wprowadzenia w gminie Jeziora Wielkie (Kujawsko-Pomorskie) - w której położona jest szkoła w Siedlimowie - zarządu komisarycznego do czasu jesiennych wyborów samorządowych.
W związku z konfliktem, wywołanym likwidacją szkoły przez gminę, w środę Giertych odwiedził Siedlimowo. Po rozmowach z wójtem zadeklarował wsparcie finansowe i organizacyjne gminy, aby zrekompensować wydatki ponoszone na siedlimowską podstawówkę. Władze gminy uzależniają jednak odstąpienie od zamknięcia placówki od uzyskania pisemnych gwarancji obietnic złożonych przez wicepremiera.
Jak powiedział Giertych podczas piątkowej konferencji prasowej, warunkiem pomocy ministerstwa edukacji "było zabezpieczenie normalnej pracy w tej szkole": dowożenie dzieci, funkcjonowanie szkoły, cofnięcie wypowiedzeń wobec nauczycieli. - Do tego zobowiązał się wójt i powinien to jak najszybciej wykonać, jeśli nie chce, aby były podjęte dalsze kroki - dodał szef resortu edukacji. |
|
| « powrót |
|
| Wójt wytargał za uszy Panią Skarbnik |
W gminie Pokój na Opolszczyźnie prawo stanowi wójt Władysław Kuik. Opornych może wytargać za uszy, a nawet wyrzucić z pracy - pisze "Rzeczpospolita".
Porywczy charakter Kuika jako pierwsza poznała wieloletnia była skarbnik gminy Aniela T. Wójt niezadowolony, że emerytowana już T. przyszła do urzędu, krzycząc, kazał jej opuścić budynek. Gdy nie posłuchała, wytargał ją za uszy. Przerażona, wołając pomocy, uciekła. Aniela T. skierowała sprawę do sądu. Choć Kuik zaprzeczał, sąd uznał jego winę; postępowanie karne jednak warunkowo umorzył - opisuje dziennik.
Oberwało się za to pracującej w urzędzie Barbarze Zając, która jako świadek zajścia zeznawała przeciwko szefowi. - Miesiąc po procesie dostałam wypowiedzenie. Wójt mnie zwolnił, choć nie miał na to zgody rady powiatu, której jestem radną. Poszłam do sądu, który nakazał, by mi wypłacić odszkodowanie - podkreśla Zając. Pracę stracił też bliski współpracownik wójta, który wstawił się za Barbarą Zając.
Władysław Kuik został wójtem Pokoju mając 68 lat. Sołtys Pokoju Zygmunt Wójcik tłumaczy: - Ludzie głosowali nie na Kuika, ale przeciwko urzędującemu wójtowi. Poza tym Kuik zapewniał, że jako emeryt jest gotów pracować za połowę pensji. Niektórzy myśleli, że schorowany i starszy chłop spokojnie będzie dożywał swoich dni na stanowisku, ale po wyborach wójt cudownie ozdrowiał. Wprowadził nowe porządki. Pensję bierze całą, a my mamy niezły pasztet i wstyd na całą Polskę - dodaje.
W rozmowie z "Rz" wójt Kuik nie chciał odnieść się do opisanych zdarzeń. - Gmina ma się dobrze. Pracownicy urzędu dostali podwyżki. Wyremontowałem przedszkole. I zapewniam, że jesienią ludzie wybiorą mnie po raz drugi - mówi
(za www.interia.pl , tytuł Redakcji) |
|
| « powrót |
|
| Ciąg dalszy afery z forum dyskusyjnym...Wystarczyło moderować forum... - Dymisja Burmistrza za szkalowanie rywala |
Szkalowanie konkurenta politycznego w internecie i nielojalność wobec burmistrza, były powodem zwolnienia Krzysztofa Mikietyńskiego ze stanowiska zastępcy burmistrza Nakła n. Notecią (Kujawsko-Pomorskie).
- Decyzję o zwolnieniu swojego zastępcy podjąłem z powodu umieszczenia przez niego niedopuszczalnych wpisów w internecie i nielojalności zawodowej. Podejmował różne sprawy bez uzgadniania ze mną, albo sprzecznie z ustaleniami - powiedział burmistrz Piotr Centała.
Przed dwoma tygodniami związany z PiS Mikietyński został zdemaskowany przez wiceprzewodniczącego rady powiatu nakielskiego Andrzeja Kindermana (PO) jako autor szkalujących go wpisów na forum dyskusyjnym oficjalnej strony internetowej miasta i gminy. Obaj byli wymieniani jako potencjalni kandydaci na burmistrza Nakła n. Notecią.
Internetowe wpisy pojawiły się 26 lipca i 12 sierpnia. Ich autor pisał, że Kinderman był aparatczykiem PZPR, zachowywał się hańbiąco w stanie wojennym i werbuje dzieci do PO.
Kinderman z pomocą programu komputerowego ustalił, że wpisów dokonywał ktoś w kawiarence internetowej w centrum Bydgoszczy. Właściciel kawiarenki udostępnił mu nagrania z zainstalowanej wewnątrz kamery wideo, na których rozpoznał wiceburmistrza.
Sprawę jako pierwsza opisała "Gazeta Wyborcza". Mikietyński - na jej łamach - przyznał, że była to głupota, poniosło go i żałuje.
Kinderman sprawą zainteresował Prokuraturę Rejonową w Nakle n. Notecią, która jednak odmówiła wszczęcia dochodzenia.
- Uznaliśmy, że nie doszło do znieważenia funkcjonariusza publicznego, gdyż do czynów nie doszło w związku i czasie pełnienia przez zawiadamiającego funkcji przewodniczącego rady powiatu - powiedział wiceszef prokuratury Piotr Glanc.
Mikietyński w przeszłości był szefem wydziału przestępczości gospodarczej w Komendzie Miejskiej Policji w Bydgoszczy, który miał wiele sukcesów. W 2002 r. posądzono go o przywłaszczenie podrabianych dresów, które jego podwładni zarekwirowali na bazarze. Z tych zarzutów został oczyszczony, ale zanim do tego doszło, przeszedł na emeryturę.
Za www.interia.pl (tytuł Redakcji) |
|
| « powrót |
|
| Tak kończy się współpraca z firmami tworzącymi dorywczo strony dla gmin - zrobili forum, a nie zrobil moderacji... |
Kandydat PiS-u na internetowym forum szkalował kontrkandydata .
Krzysztof Mikietyński, były policjant i PiS- owski kandydat na burmistrza podbydgoskiego Nakła, szkalował na forum internetowym konkurenta z PO. Wpadł dzięki kamerze w kafejce internetowej, informuje "Gazeta Wyborcza".
Nakielska prokuratura od trzech tygodni bezskutecznie poszukiwała internauty, który opisywał Andrzeja Kindermana, szefa lokalnej Platformy Obywatelskiej i wiceprzewodniczącego rady powiatu. Kiedy Kinderman ogłosił, że będzie się ubiegał o fotel burmistrza miasteczka, na forum strony naklo.pl (oficjalna witryna miasta) zaczęły się pojawiać szkalujące go głosy.
Działacz PO postanowił sam wytropić autora kłamstw. Za pomocą łatwo dostępnego w sieci programu ustalił, że nieprzychylne mu posty pisane są w kafejce internetowej w centrum Bydgoszczy.
- Zadzwoniłem do właściciela kafejki, opowiada. - Okazało się, że ma zainstalowaną kamerę i zachował nagrania z dnia, w którym mnie szkalowano. Obejrzałem taśmy i oniemiałem. Z komputera w kafejce korzystał Krzysztof Mikietyński, mój rywal w wyborach popierany przez PiS, nazywany "pierwszym gliną III RP".
- Szkalował pan w internecie Kindermana, zapytała "Wyborcza" Mikietyńskiego. - Poniosło mnie, przyznaje wiceburmistrz. - Działałem na emocjach. Ale nie złamałem prawa. I pisałem tylko prawdę. Żałuję, że opisałem Kindermana. Głupota z mojej strony. Chociaż robiłem to w czasie wolnym i jako obywatel mam prawo do korzystania z kafejek
(za www.interia.pl) |
|
| « powrót |
|
| Ach... Prezydentem lub przynajmniej Wójtem być.... |
Wyścig po władzę i pieniądze
Samochód dobrej klasy, 10 tys. zł brutto pensji oraz pewna praca na 4 lata czeka na każdego. Jest jednak warunek - trzeba wygrać wybory prezydenckie w jednym z większych miast na Podkarpaciu.
Od piątku wiadomo, że wybory odbędą się 12 listopada, ale ostra kampania już trwa - piszą "Super Nowości".
Najciekawiej zapowiada się walka w Rzeszowie. Andrzej Szlachta, poseł PiS, bez żalu rzuca warszawskie salony, byle tylko znów być prezydentem stolicy regionu. - Jak się rządzi miastem, człowiek czuje adrenalinę, no i ma realną władze - nie kryje Szlachta. Nie bez znaczenia są też prywatne ambicje, zwłaszcza gdy cztery lata temu niewielką różnicą głosów przegrało się z obecnym prezydentem, Tadeuszem Ferencem.
Sam Ferenc, kojarzony z lewicą, jak na razie jest w komfortowej sytuacji. Przedwyborcze sondaże dają mu ogromną przewagę nad rywalami. - Notowania zawsze mogą się zmienić - odpowiada Szlachta. Jednak swojej partii stawia ostry warunek. Albo będzie jedynym kandydatem prawicy na prezydenta w Rzeszowie, albo do pojedynku z Ferencem nie staje. - Dla mnie ta pensja i samochód to żadne wabiki - macha ręką Ferenc. - Ja jestem produkcyjny. Lubię robotę i ludzi też gonię do roboty.
Nawet jeśli tak jest, to świadomość, że rządzi się miastem, którego roczny budżet ma ponad pół miliarda złotych, daje poczucie władzy i może mile łechtać ambicje. Do tego są jeszcze spółki miejskie z budżetem około 300 mln zł, w których prezydent rządzi niepodzielnie.
Janina Sagatowska, była senator i kandydatka PiS na prezydenta Stalowej Woli, zapiera się, że zależy jej tylko na rozwoju miasta. Samochód służbowy z kierowcą i prestiż nie mają znaczenia. - A nie szkoda pani świetnej posady radcy prawnego i adwokata? - Nie. Wolałabym z ludźmi pracować w ratuszu. Lubię aktywność - odpowiada Sagatowska.
Nie wiadomo tylko, czy będzie miała szanse z obecnym prezydentem Stalowej Woli, Andrzejem Szlęzakiem. Ten jeszcze startu nie potwierdził, ale popularność w mieście ma dużą. Pikanterii dodaje fakt, że też jest związany z prawicą, tyle tylko, że "podpadł" PiS. 5 lat temu w wyborach parlamentarnych o mały włos "nie wykasował" Marka Jurka jako posła PiS z Podkarpacia
Za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Zreorganizować urząd miasta aby zwolnić pracownika. |
Sławomir Szafrański, zwolniony dyrektor Wydziału Kultury w poniedziałek wraca do pracy. Sądy dwóch instancji uznały, że prezydent Szczecina Marian Jurczyk zwalniając go z pracy, złamał prawo - pisze "Głos Szczeciński".
Szafrański nie wróci na swoje byłe stanowisko, jest ono zajęte przez Andrzeja Oryla. - Pan Szafrański został na 3 miesiące oddelegowany do wydziału strategii i promocji - mówi Dawid Brzozowski z biura prasowego. - Będzie tam zajmować się organizacją imprez kulturalnych, które mają odbyć się w przyszłym roku podczas zlotu żaglowców.
Sławomir Szafrański został zwolniony z pracy w styczniu ubiegłego roku. Na jego odwołanie naciskała wiceprezydent Anna Nowak. Problem polegał jednak na tym, że Szafrański 8 lat temu został urzędnikiem mianowanym, a takich można zwolnić tylko na bardzo określonych zasadach, albo dyscyplinarnie, albo w wyniku likwidacji stanowiska.
Prezydent zdecydował się na to drugie rozwiązanie - zreorganizował urząd. Powołał nowy wydział: Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wręczył Szafrańskiemu wypowiedzenie i 9-miesięczną odprawę.
Były dyrektor odwołał się do sądu, który uznał, że prezydent postąpił niezgodnie z prawem. Za trzy miesiące będą wybory. O tym, czy Szafrański wróci na byłe stanowisko prawdopodobnie zadecyduje już nowy prezydent.
za www.interia.pl i PAP
|
|
| « powrót |
|
| Fikcyjne śluby w gminie Głogów Małopolski |
Była szefowa urzędu stanu cywilnego w Głogowie Małopolskim k. Rzeszowa została oskarżona o przyjmowanie łapówek w zamian za udzielanie fikcyjnych ślubów między obywatelami Polski a Wietnamczykami. Według aktu oskarżenia zawarto w ten sposób 50 małżeństw.
Akt oskarżenia w tej sprawie został już skierowany do Sądu Rejonowego w Rzeszowie.
Według oskarżenia Maria Ś. za jeden akt ślubu otrzymywała co najmniej 300 zł. Kilkakrotnie miała także otrzymać ubrania. Razem z nią oskarżeni są także dwaj obywatele Wietnamu, którym prokuratura zarzuciła nakłanianie lub wręczanie jej łapówek. Wszystkim grozi od roku do 10 lat pozbawienia wolności.
W myśl aktu oskarżenia proceder miał trwać od września 2001 do lipca 2005 roku. Do oskarżonych w sprawie dwóch Wietnamczyków zgłaszali się inni obywatele tego kraju, którzy oferowali około dwóch tysięcy złotych za zorganizowanie im ślubu z Polakiem lub Polką. Pieniądze te przeznaczane były m.in. dla Marii Ś., pośredników oraz osób, które godziły się zawrzeć fikcyjne małżeństwo. Dzięki małżeństwu z obywatelem Polski Wietnamczycy uzyskiwali prawo legalnego pobytu w naszym kraju.
za www.interia.pl , PAP |
|
| « powrót |
|
| Zafałszowane referendum w Gminie |
Wyniki referendum w sprawie nadania niemieckich nazw wsiom w gminie Cisek zostały zafałszowane - alarmują mieszkańcy. O sprawie pisze "Nowa Trybuna Opolska".
Włodarze gminy zapytali mieszkańców gminy Cisek, czy są za, czy też przeciw nadaniu wsiom dodatkowych, niemieckich nazw. Na karcie do głosowania zamieścili dwie proste odpowiedzi. Pierwsza brzmiała "jestem za", druga "jestem przeciw".
Do tego momentu wszystko było oczywiste. Ale włodarze Ciska zrobili wszystko, żeby na pozór proste głosowanie, stało się bardzo skomplikowane. Pod pytaniami małym drukiem zamieścili pouczenie. W nim napisano, że osoba, która jest za nadaniem niemieckich nazw skreśla punkt, w którym jest napisane "jestem przeciw" i na odwrót. Ci, którzy byli przeciwko, mieli skreślić "jestem za".
Rezultat? - w Cisku, największej miejscowości w gminie, karty poprawnie wypełniło tylko 18 osób. W całym referendum zwyciężyli zwolennicy nadania niemieckich nazw (90 procent było za). Mieszkańcy mówią teraz, że zwolennikom niemieckich nazw wytłumaczono, jak mają głosować. A im - nie!
Odpowiedzialnym za przygotowanie kart do głosowania był Paweł Ryborz, przewodniczący ciseckiej rady gminy. Na pytanie, czy nie można było ułożyć pytań w normalny sposób, odpowiedział: Normalność to relatywna sprawa.
Mówiąc szczerze nie spotkałem się nigdy z tak skonstruowaną kartą - mówi dyrektor opolskiej delegatury Państwowej Komisji Wyborczej, Rafał Tkacz. - Czytając ją pierwszy raz, pogubiłem się.
za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Przyłapano pijanego wójta |
Wiosną 2005 roku wójt gminy Ciasna Waldemar Ploska został przyłapany na prowadzeniu samochodu po spożyciu alkoholu. Sprawa do dziś nie trafiła na wokandę, bo prokuratura nie jest w stanie zapoznać go z aktami i tym samym sporządzić aktu oskarżenia - pisze "Dziennik Zachodni".
-Nie migam się. Naprawdę choruję. Od tamtej pory mam depresję, schudłem 15 kilo -mówi Ploska. Wójt przyznaje, że 20 kwietnia 2005 r. pił i usiadł za kierownicą. Przekonuje jednak, że działał w stanie... wyższej konieczności. Tego dnia dwaj petenci wyciągnęli go z narady pod pretekstem chęci obejrzenia wystawionego na sprzedaż budynku szkoły w Panoszowie. A na miejscu powiedzieli, że chcą następnego dnia stanąć do przetargu na złoże gliny i zażądali, bym jako przedstawiciel gminy nie jechał na przetarg ogłoszony przez Agencję Nieruchomości Rolnych w Opolu. Grozili mojej rodzinie. A na koniec wyciągnęli butelkę śliwowicy. Co miałem zrobić? Wypiłem - opowiada Ploska. Badanie wykazało, że Ploska ma we krwi 0,7 promila alkoholu. Sprawę przekazano do Prokuratury Rejonowej w Zawierciu, która po kilku miesiącach wysłała akt oskarżenia do Sądu Rejonowego w Lublińcu. Ploska przekonuje, że naprawdę jest poważnie chory, pokazuje zaświadczenia od różnych specjalistów.
(za www.interia.pl) |
|
| « powrót |
|
| Zatrzymano skorumpowane urzędniczki |
Dwie podejrzewane o korupcję pracownice Urzędu Gminy w Nagłowicach (Świętokrzyskie) zatrzymali w czwartek policjanci.
Zatrzymane urzędniczki, w wieku 45 i 54 lat, pracują na stanowiskach związanych z budownictwem. Są podejrzewane o przyjmowanie korzyści majątkowych w zamian za odstąpienie od przeprowadzenia pełnej procedury administracyjnej dotyczącej wydania pozwolenia na budowę.
- W zamian za korzystne załatwienie sprawy brały łapówki w kwotach od 300 do 500 złotych. Zakres ich oferty był dość urozmaicony. Przykładowo, w sytuacji indywidualnych potrzeb rozbudowy domów, obiektów proponowały zainteresowanym zgłaszania tego typu zamierzeń jako budowy zabudowań gospodarczych, co nie wymaga uzyskania pozwolenia na budowę - kom. Krzysztof Skorek z zespołu prasowego świętokrzyskiej policji.
Policjanci podejrzewają, że latach 2002-2003 kobiety mogły wziąć kilkadziesiąt łapówek. W piątek urzędniczki zostaną doprowadzone do prokuratury. Grozi im kara do ośmiu lat więzienia.
Sprawą zajmują się policjanci komendy wojewódzkiej z wydziału do walki z korupcją. Nie wykluczają kolejnych zatrzymań.
Za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Burmistrz dorabia zbierając truskawki |
Burmistrz pojechał zbierać truskawki
Jak pisze "Gazeta Poznańska" burmistrz Sompolna, Stanisław Dunaj, spędza urlop w... truskawkach. Pojechał razem z żoną na saksy do Norwegii.
W urzędzie miasta fakt ten nie jest tajemnicą. Jego zastępca Tadeusz Gurbała potwierdza, że szef wyjechał za granicę, ale o szczegółach mówić nie chce.
Grupa polskich robotników, wśród których m.in. był burmistrz Sompolna, wypłynęła do Norwegii promem w poniedziałek.
- Pracuje się na akord. Nawet po kilkanaście godzin dziennie. W ciągu miesiąca można zarobić co najmniej 5 tys. w przeliczeniu na złotówki. Niektórzy przywożą nawet ponad 10 tys. zł, ale my mówimy na takich, że pracują jak cyborgi - mówi rozmówczyni dziennika.
- Żadna praca nie hańbi - wyznaje burmistrz. - Dzisiaj pracowałem pierwszy dzień i zebrałem kilkanaście kilogramów truskawek - podkreśla w rozmowie z dziennikarzem Dunaj. - W naszej grupie jest pięciu lekarzy, dwóch dyrektorów szkół i nie rozumiem, dlaczego akurat ja miałbym się tłumaczyć, że tutaj pracuję - dodaje.
Jak pisze gazeta, mieszkańcy Sompolna różnie oceniają "urlop" burmistrza. Jedni przywołują opublikowany niedawno stan majątkowy Dunaja (ponad 110 tys. zł zarobione w ubiegłym roku na stanowisku burmistrza, warte 400 tys. zł gospodarstwo, dom i samochód). Inni uważają, że każdy ma prawo pracować jak chce.
za www.interia.pl PAP |
|
| « powrót |
|
| Burmistrz z wyrokiem |
Pomimo wyroku sądu, burmistrz nadal sprawuje urząd / RMF Mimo prawomocnego wyroku sądu za jazdę po pijanemu burmistrz Kamiennej Góry Artur Z. wciąż sprawuje urząd. Odebraniem mandatu może się zająć rada miejska, na specjalnym posiedzeniu. Ma jednak na to aż miesiąc.
Burmistrz jest teraz na urlopie, a większość rady mu sprzyja, prawdopodobnie więc nie pozwolą na wygaszenie jego mandatu - ocenia były przewodniczący rady miasta. - Są tutaj niemałe układy w Kamiennej Górze - dodaje. A te "układy" to między innymi praca niektórych członków rady miasta w instytucjach podległych burmistrzowi.
Za www.interia.pl (RMF) |
|
| « powrót |
|
| Okupacja w szpitalu |
Pacjenci nie wykluczją głodówki Siedemnastu pacjentów okupuje od piątku oddział dermatologiczny szpitala w Kłodzku (Dolnośląskie). Protestują przeciw decyzji o likwidacji tego oddziału, który nie ma podpisanego kontraktu z dolnośląskim oddziałem Narodowego Funduszu Zdrowia.
- Jesteśmy pewni swoich racji i nie zrezygnujemy z protestu. Chcemy mieć dermatologię w Kłodzku. Decyzja o wstrzymaniu przyjęć to dla nas tragedia. Inne odziały są w Legnicy i Wrocławiu, gdzie nie dość, że mamy daleko, to jeszcze są kłopoty z przyjęciami. Chorych jest bardzo dużo i obowiązują zapisy, a najbliższe terminy to sierpień - powiedziała w niedzielę jedna z protestujących kobiet, Teresa Góźdź z Bystrzycy Kłodzkiej.
Chorzy są zdesperowani i zapowiadają, że jeśli samorządowcy i władze NFZ nie potraktują poważnie ich żądań zaostrzą protest. Nie wykluczają głodówki.
Decyzję o wstrzymaniu przyjęć na oddział dermatologiczny podjął dyrektor szpitala w Kłodzku, Aleksander Niedzielski. Do czerwca placówka miała pozwolenie NFZ na rozliczanie pacjentów tego oddziału w ramach oddziału internistycznego. Umowa taka była efektem styczniowego strajku pracowników szpitala. Niedzielski powiedział, że na kolejne miesiące nie ma na razie zgody na takiego typu rozliczanie dermatologii.
Pacjenci, którzy okupują szpital, mają zapewnioną doraźną opiekę lekarską i pielęgniarską. Chcą, żeby dyrektor dolnośląskiego oddziału NFZ, Andrzej Woźny przyjechał do nich. Tymczasem na początku tygodnia fundusz zaplanował rozmowy na temat przyszłości oddziału dermatologicznego w Kłodzku.
Za www.interia.pl (PAP)
|
|
| « powrót |
|
| Kulczykpark w prokuraturze |
Miasto sprzedało ziemię żonie Jana Kulczyka. Zielonogórska prokuratura przesłała do sądu akt oskarżenia przeciw pięciu osobom w sprawie sprzedaży ze stratą dla miasta terenu w Poznaniu, tzw. Kulczykparku, firmie żony Jana Kulczyka. Wśród oskarżonych jest prezydent Poznania, Ryszard Grobelny.
Prezydentowi Poznania i pozostałym czterem oskarżonym zarzuca się popełnienie przestępstw polegających na wyrządzeniu Miastu Poznań szkody majątkowej w wielkich rozmiarach poprzez niedopełnienie obowiązku prawidłowego gospodarowania w trakcie sprzedaży nieruchomości, na którą składały się działki leżące w rejonie ulic Kościuszki, Ratajczaka, Półwiejskiej i Ogrodowej.
Według prokuratury, grunt wart ponad 13 mln złotych sprzedano w styczniu 2003 roku za 6100 tys zł. Działki, leżące w centrum miasta zostały bowiem potraktowane przy sprzedaży jako teren pod park, choć w większości były już przeznaczone pod inwestycję.
Grunt ten kupiła firma Grażyny Kulczyk. Obecnie znajduje się tam centrum rozrywkowo-handlowe Stary Browar.
|
|
| « powrót |
|
| Wyrok dla burmistrza |
Sąd skazał burmistrza na rok więzienia w zawieszeniu Na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata i 5 tys. zł grzywny skazał dziś Sąd Okręgowy w Krakowie burmistrza Niepołomic Stanisława Kracika.
Prokuratura zarzuciła Kracikowi niedopełnienie obowiązków i nadużycie uprawnień w czasie sprawowania funkcji publicznej.
Chodziło o zaniechanie pełnego i terminowego opłacania składek na ubezpieczenie społeczne pracowników w latach 1992-1995 i nieinformowanie o tym radnych, przez co gmina musiała zapłacić prawie 850 tys. zł karnych odsetek. Drugi zarzut dotyczył przekroczenia uprawnień, polegającego na jednoosobowym podjęciu kilku decyzji w latach 1994-1998 w sprawie współpracy ze spółką Robinson, co przyniosło szkodę w mieniu gminy na kwotę ponad 450 tys. zł.
- W świetle uzasadnienia sądu mogę powiedzieć tylko jedno: apelujemy i wygrywamy - powiedział dziennikarzom po ogłoszeniu wyroku burmistrz Kracik.
Kracik jest burmistrzem podkrakowskich Niepołomic od 1990 r. W latach 1993- 2001 był posłem Unii Wolności. Od 1 czerwca jest kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta Krakowa.
za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| "Baby boom" w Ostrowcu |
Więcej dzieci rodzi się w mniejszych miastach Prawie dwa razy więcej dzieci niż w zeszłym roku urodziło się od stycznia w Ostrowcu Świętokrzyskim. To efekt wprowadzenia becikowego .
"Baby boom" można zaobserwować przede wszystkim w niewielkich miastach. Być może dlatego, że w powiatach więcej rodzin ma niskie dochody i dzięki temu mogą się starać aż o dwa tysiące złotych becikowego.
Rekord padł jednak w Ostrowcu. Tu radni uchwalili miejscowe becikowe - 600 złotych miesięcznie w pierwszym roku życia dziecka i 450 miesięcznie w drugim. O skuteczności takiej strategii świadczą liczby - w lutym było 10 takich zasiłków, w kwietniu już 18, a w maju aż 28. Jak widać, Polacy to nieźli stratedzy. Becikowe obowiązuje bowiem dopiero od kilku miesięcy.
Za www.interia.pl (RMF) |
|
| « powrót |
|
| Dzieci sposobem na nowy asfalt, |
Droga jest dziurawa jak sito Dzieci będą się uczyć w domach, dopóki droga do szkoły nie zostanie wyremontowana - w ten sposób rodzice dzieci ze wsi Pogorzała na Pomorzu chcą wymusić na miejscowych władzach naprawienie jezdni. Boją się, że na dziurawej jak sito drodze dojdzie w końcu do tragedii.
Rodzice twierdzą, że co roku dziury są tylko zalepiane, a droga wymaga gruntownego remontu. Zapowiadają protest aż do skutku. Wójt zapowiedział natomiast, że jutro na drodze mają rozpocząć się prace.
Za www.interia.pl /RMF |
|
| « powrót |
|
| Musi przeprosić za "burdelarza" |
Sąd Apelacyjny w Krakowie uznał, że poseł PiS Edward Siarka naruszył dobra osobiste właściciela agencji towarzyskich na Podhalu, nazywając go "burdelarzem" i "meliniarzem" - pisze "Dziennik".
- Ja nie czuję się winny za tamte słowa. A jak miałem nazwać tamtego człowieka, przecież on nie zajmuje się smażeniem frytek - mówi poseł, który przegrał już sprawę o ochronę dóbr osobistych w dwóch instancjach i składa kasację do Sądu Najwyższego.
Kasacja nie wstrzymuje jednak wykonania wyroku i poseł będzie musiał przeprosić urażonego Wiesława G. na łamach "Tygodnika Podhalańskiego" oraz zapłacić 3 tys. zł na dzieci głuchonieme w Rabce.
Za www.interia.pl
|
|
| « powrót |
|
| Faszystowskie witryny WWW ... faszystwowskie serwery, ciekawe czy na tym serwerze publikowany był jakiś BIP ? |
Wrocławska policja zatrzymała mężczyznę podejrzewanego o założenie i administrowanie stroną internetową redwatch, na której prezentowane są m.in. nazistowskie treści. Trwają przesłuchania zatrzymanego; nie postawiono mu na razie zarzutów. Walka z nacjonalistyczną witryną Strona redwatch znajduje się na amerykańskim serwerze, w związku z czym polskie MSZ wystosowało notę do władz USA z prośbą o pomoc w "doprowadzeniu do zamknięcia" witryny, firmowanej przez organizację Krew i Honor. Lista "wrogów rasy" coraz dłuższa Na stronie internetowej organizacji Blood and Honour przybywa zdjęć i nazwisk "zdrajców rasy". Kiedy razem z rodziną zobaczyłem moje zdjęcie i adres, przez kilka dni bałem się wychodzić z domu - mówi 20-letni Karol Michalski z Gliwic. Mężczyznę zatrzymali policjanci z wydziału do walki z przestępczością internetową. Policja nie udziela innych informacji w tej sprawie. Prawdopodobnie jeszcze w czwartek do sądu trafi wniosek o aresztowanie podejrzanego. Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez autorów redwatch złożyło kilku mieszkańców Wrocławia, m.in. działaczka młodzieżowej organizacji lewicowej.
Na stronie tej opublikowano bowiem zdjęcia i nazwiska osób - jak napisali odpowiedzialni za witrynę - "trudniących się działalnością antyfaszystowską, antyrasistowską, kolorowych imigrantów, działaczy lewackich stowarzyszeń i wszelkiego rodzaju sympatyków i aktywistów szeroko rozumianego lobby homoseksualnego oraz pedofilii". Biała śmierć Faszystowska organizacja Krew i Honor na swojej stronie internetowej tworzy bazę danych o swoich wrogach, apelując o zdjęcia, adresy i telefony "pedałów", "lewaków" i "czarnuchów". A to nie jedyna tego typu organizacja w Polsce. O witrynie zrobiło się głośno po brutalnym napadzie na działacza ruchu anarchistycznego. Do zdarzenia doszło na warszawskim Powiślu; dwaj nieznani sprawcy zaatakowali mężczyznę gazem, a następnie wbili mu nóż w plecy. Napadnięty był jedną z osób, których dane znalazły się na stronie redwatch. Jak podawały media, członkowie polskiego oddziału redwatch od stycznia prowadzą akcję "tropienia czerwonych" ("redwatch").
Za www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Korupcja w Magistracie krakowskim |
Wojewódzki konserwator zabytków, dwie pracownice wydziału architektury Urzędu Miasta - to część z zatrzymanych ośmiu osób w związku z aferą korupcyjną w Krakowie. Sprawa dotyczy nielegalnej przebudowy jednej z kamienic w centrum Kazimierza - dowiedział się RMF.
Inwestor przerobił bowiem część budynku niezgodnie z prawem. Według informacji RMF, prowadzący śledztwo są zdania, że zatrzymani urzędnicy pozwolili na przebudowę, choć wiedzieli, że łamane są przepisy. Nie jest wykluczone, że w zamian za takie decyzje wręczane były wysokie łapówki.
Policjanci obstawili jeden z hoteli na Kazimierzu - tam też zatrzymano kilka osób, m.in. inwestorów. Funkcjonariusze dokładnie przeszukują także pomieszczenia wydziału architektury Urzędu Miasta oraz siedzibę wojewódzkiego konserwatora zabytków.
Urzędnikom zostaną postawione zarzuty niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień.
Za www.interia.pl , (RMF)
|
|
| « powrót |
|
| Były burmistrz posprząta miasto |
Były burmistrz będzie za karę sprzątać place i parki .
Stefan Oleszczuk, były starosta i burmistrz Kamienia Pomorskiego, może już niebawem sprzątać place i parki w mieście. To kara za to, że nie wykonał dwóch wyroków.
Wymiar sprawiedliwości stracił cierpliwość do 48-letniego polityka. Przez trzy lata Oleszczuk nie zapłacił 1600 zł grzywien, które dostał w dwóch procesach karnych. Sąd Rejonowy w Kamieniu Pomorskim zmienił mu właśnie grzywny na tzw. prace społecznie użyteczne - donosi "Głos Szczeciński".
- Sąd zdecydował tak, bo skazany nie wykonywał wyroków i nie zapłacił grzywien - tłumaczy sędzia Elżbieta Zywar z Sądu Okręgowego w Szczecinie. - Nie próbował nawet prosić o rozłożenie grzywny na raty, na co sądy przeważnie się godzą. Zgodnie z prawem skazany musiał wyrazić zgodę na taką zamianę.
Oleszczuk ma pracować przez osiem miesięcy po trzydzieści godzin miesięcznie. Na razie sąd nie określił gdzie go skieruje do pracy. Ale zasadą jest, że wnioski kierowane są do Zakładu Gospodarki Komunalnej w Kamieniu. Tu skazani pracują przy porządkowaniu parków, skwerów i cmentarzy.
Prawomocne zasądzenia grzywien zapadły w procesach trzy lata temu. W pierwszej sprawie Oleszczuk został skazany za to, że skopał samochód mieszkance Płotów. Był wtedy starostą kamieńskim. Do zdarzenia doszło 9 listopada 2001 r. na trasie między Kamieniem Pomorskim a Świerznem. Oleszczuk nie przyznał się do winy. Rzeczoznawca wycenił szkody na 6 tys. zł. Sąd skazał go na 600 zł grzywny.
Po raz drugi został skazany za przekroczeniu uprawnień jako starosta. W ostatnim dniu urzędowania zawarł fałszywą umowę z Jerzym S., ówczesnym członkiem zarządu powiatu. Dzięki temu ten ostatni został zatrudniony na etacie powiatowego rzecznika praw konsumenta. Umowa została zawarta jednak z datą wsteczną, co umożliwiło rzecznikowi pobieranie przez pięć kolejnych miesięcy wynagrodzenia w wysokości 1089 zł.
Za www.interia.pl i PAP |
|
| « powrót |
|
| Likwidacja adresów e-mail w Urzędach |
Niektóre Urzedy już dziś likwidują część adresów e-mail swoich pracowników. Wszystko to w obawie przed 18 sierpnia br. kiedy to wnioski podpisane kwalifikowanym bezpiecznym podpisem elektronicznym, będą musiały być rozpatrywane w trybie administarcyjnym bez względu na to czy dana skrzynak pocztowa - przechodzi przez dziennik podawczy, czy nie. Może więc dojść do sytuacji w której Petent wyśle wniosek nie na oficjalną elektroniczną skrzynkę podawczą (zdefiniowaną zgodnie z rozporządzeniem Prezesa Rady Ministrów o warunkach techniczno-organizacyjnych doręczania dokumentów elektronicznych podmiotom publicznym) ale bezpośrednio na skrzynkę Urzednika. Urzędnik bedzie akurat na urlopie albo nie zainteresuje się e-malem, sprawa nie nabierze biegu, Petent dozna szkody, Sąd zasądzi odszkodowanie ... Rozwiązaniem jest oczywiście Elektorniczny Obieg Dokumentów i takie jego usystematyzowanie aby wszystkie wiadomości poczty elektronicznej przechodziły przez dziennik podawczy, trzeba jeszcze rozwiazać problem weryfikacji, oddzielenia sieci LAN Urzędu od Internetu (Instrukacja kancelaryjna), etc... Wszystko jest do zrobienia, ale o zagrożeniach warto pamietać i wdrażać sprawdzone rozwiązania, najlepiej w ramach programów realizowanych dla większej ilości Jednostek Samorządu Terytorialnego.
Redakcja www.gmina.pl |
|
| « powrót |
|
| Licheński dzwon przywitał papieża |
Papież przed południem przybył do Polski / AFP Kilka sekund po tym, gdy samolot z papieżem Benedyktem XVI na pokładzie dotknął polskiej ziemi, odezwał się potężny głos największego w Polsce, ponad 14-tonowego dzwonu Maryja Bogurodzica, wiszącego przy bazylice w Sanktuarium Maryjnym w Licheniu (Wielkopolskie).
Razem ze spiżowym kolosem zaczęło bić jedenaście pozostałych licheńskich dzwonów. Przez pięć minut ich głos, słyszany dobrze w promieniu paru kilometrów wokół licheńskiego sanktuarium, obwieszczał przybycie z pielgrzymką do Polski Benedykta XVI.
W południe w licheńskiej bazylice rozpoczęła się msza święta w intencji owocnej pielgrzymki Ojca Świętego do naszego kraju. Biorą w niej udział pielgrzymi z całej Polski.
Jak powiedział kustosz licheńskiego sanktuarium ksiądz Wiktor Gumienny, od wyboru Benedykta XVI na głowę Kościoła katolickiego marianie w Licheniu każdego dnia w południe w czasie modlitwy Anioł Pański, modlą się za niego.
Do Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu wierni pielgrzymują od ponad 150 lat. Najważniejszym wydarzeniem w historii sanktuarium była wizyta w czerwcu 1999 roku papieża Jana Pawła II , który spędził tam dwie noce a podczas nabożeństwa 7 czerwca pobłogosławił powstający tam, wyłącznie z ofiar pielgrzymów, największy kościół w Polsce. Pięć lat później świątynia została uroczyście poświęcona a w 2005 roku otrzymała tytuł bazyliki mniejszej.
Wiszący w dzwonnicy przy bazylice spiżowy dzwon Maryja Bogurodzica został odlany w 1999 roku we włoskiej ludwisarni Enrico Campanniego pod Mediolanem, a ufundowała go Polonia jako wotum z okazji Wielkiego Jubileuszu 2000 Roku oraz 150. rocznicy objawień Matki Bożej. Ten - pod względem wielkości pierwszy w Polsce, a trzeci w Europie - dzwon ma ponad 3 m średnicy, a jego wysokość wynosi 4,40 m.
Za PAP/ www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Wójt - robi swoje, "...będą Was nienawidzić ale jeśli wytrwacie do końca..." |
Przez kilka ostatnich lat w Jaworzu toczono bezpardonową walkę z lokalną władzą. Afera goniła aferę. Wyglądało na to, że ta gmina jest gniazdem korupcji i występku. Teraz, gdy samorządowa kadencja dobiega końca, sprawdziliśmy jak Jaworze po tej wojnie wygląda.
Kończąca się powoli obecna kadencja samorządu na Podbeskidziu chyba najburzliwiej zaczęła się w Jaworzu. Lokalna wojna na górze zdawała się w tej gminie nie mieć końca. Czy personalne spory zdominowały życie Jaworza, czy też mimo ostrej walki w gminie coś się zmieniło?
ATAK NA WŁADZĘ
W 2002 roku, tuż po zmianie samorządowej warty, w Jaworzu rozpętała się prawdziwa wojna. Wójt gminy i część radnych znalazła się w ogniu potężnej krytyki. Afera zdawała się gonić aferę, opozycyjna wobec władzy gazetka nie pozostawiała na miejscowych decydentach suchej nitki, a rajcy powołali nawet speckomisję, która tropić miała niektóre poczynania wójta. Wyglądało na to, że Jaworze to gniazdo korupcji i występku.
Mimo tych bezpardonowych ataków wójt gminy Zdzisław Bylok zachowywał spokój. Przy każdej okazji powtarzał, że w Jaworzu afer nie ma, a lokalna zawierucha to wynik osobistej niechęci do niego paru osób. Szef jaworzańskiego samorządu zapewniał przy tym, że bez względu na wymierzone w niego ataki zamierza robić swoje, czyli zmieniać na lepsze obraz gminy i warunki życia jej mieszkańców. „Kronika”, która dokładnie relacjonowała przebieg jaworzańskiej wojny na górze, postanowiła teraz - pod koniec samorządowej kadencji - sprawdzić, jak przez ponad trzy lata zmieniło się Jaworze. Na razie z ręką na sercu możemy bowiem powiedzieć jedno - personalna zawierucha w tej podbielskiej miejscowości już od dłuższego czasu jest przeszłością. Do gminy wrócił spokój. Ale czy lokalna władza dotrzymała słowa i zgodnie z obietnicą „robiła swoje”? Zdzisław Bylok zapewnia, że tak.
MEKKA ARTYSTÓW
Wójt Jaworza długo wylicza to, co udało się zrobić w gminie w czasie dobiegającej powoli końca kadencji. Spora część tej wyliczanki dotyczy spraw turystyki i kultury. Wielkie, ale nierealne plany, jak na przykład budowa w Jaworzu gigantycznej hali widowiskowo-sportowej obecne władze gminy od początku traktowały jako mrzonkę. Twierdziły, że zamiast snuć fantazyjne megaplany i stać w miejscu, lepiej iść do przodu małymi, ale realnymi krokami.
I wychodzi na to, że włodarze Jaworza mieli rację. Megaplany do dziś leżą wszak w szufladach ich twórców, a efekty działania samorządowców - choć nie tak spektakularne - są i każdy może je zobaczyć. Na szczycie przejętego przez gminę wzgórza Goruszka stoi piękna, oświetlona wieczorami glorieta. Można tam usiąść i odpocząć, podziwiając widoki i wdychając świeże powietrze. W Jaworzu są też dwie ścieżki dydaktyczne, opisujące historię tej miejscowości. Jedna wiedzie właśnie na Goruszkę, druga w rejon amfiteatru. W Jaworzu Górnym stoi natomiast solidna, drewniana wiata, pod którą w razie niepogody można nie tylko się schronić, ale także rozpalić ognisko i upiec kiełbasę. Może z niej skorzystać każdy chętny.
Z kolei powołany do życia w trakcie tej kadencji Ośrodek Promocji Gminy między innymi wspiera rozwój działalności kulturalnej. Na przykład dla uczniów miejscowych szkół powstała pracownia ekologiczna i artystyczna. Reaktywowano też Zespół Regionalny Jaworze. Dobiegają końca prace przy utworzeniu punktu informacji turystycznej. Ma się on mieścić tuż obok centrum, przy ulicy Zdrojowej, a oprócz folderów i materiałów informacyjnych dotyczących Jaworza ma tam także funkcjonować kawiarnia z galerią. W zamyśle gminnych władz mają się tam spotykać jaworzańscy plastycy, poeci i artyści innych profesji oraz ci mieszkańcy, dla których kontakt ze sztuką jest ważny.
WALKA O CZYSTOŚĆ
- Nie kryję, że moim marzeniem jest czyste, zadbane i modne wśród turystów Jaworze. Jaworze, w którym będzie się wygodnie żyć i gdzie dzięki turystom, będzie można zarabiać. Ale bez czystej wody i czystego powietrza tego celu nie osiągniemy - mówi Zdzisław Bylok, który właśnie dlatego wśród swych sukcesów wylicza też sprawy tak z pozoru prozaiczne, jak przekonanie bielskiej spółki wodociągowej Aqua do budowy wodociągu w Nałężu (inwestycja, opóźniona z kilku obiektywnych przyczyn, ruszyć ma w czerwcu) czy budowa - za środki unijne - kanalizacji wzdłuż ulicy Turystycznej. Jaworze przymierza się też do walki o duże unijne pieniądze, dzięki którym będzie można skanalizować całą gminę. Wójt Bylok nie kryje też dumy z tego, że dzięki sprzedaniu istniejącej już w Jaworzu kanalizacji spółce Aqua udało się bardzo wyraźnie obniżyć cenę za odprowadzanie nieczystości.
W podbielskiej gminie trwają obecnie przygotowania do akcji wymiany pieców grzewczych, która ruszyć ma w przyszłym roku. Tym, którzy stare, kopcące piece zdecydują się wymienić na nowe, proekologiczne, gmina chce zapewnić 50 procent dofinansowania takiej inwestycji. W Jaworzu, jak na całym Podbeskidziu, problemem są dziurawe drogi. - Łatamy dziury jedynie tam, gdzie jest to niezbędne. Jeżeli to możliwe, wolimy gruntownie odnawiać nawierzchnię drogi, bo wtedy jest z nią spokój na lata - mówi Zdzisław Bylok. Wylicza on, że dotąd odnowiono spore odcinki Zacisznej, Spadzistej i Bukowej oraz ulicę Agrestową. W tym roku nowa nawierzchnia ma się pojawić na Bocznej, Zdrojowej, Rodzinnej i ulicy Pod Młyńską Kępą. W Jaworzu powstaje też sporo nowych chodników. I to nie tylko w centrum gminy, ale także na jej obrzeżach, na przykład przy ulicy Turystycznej. - Chodniki to ewidentne zwiększenie bezpieczeństwa. Dzięki nim między innymi bezpiecznie mogą zdążać do szkół dzieci. A i turyści maszerujący na przykład z Błatniej do centrum Jaworza nie będą musieli uciekać z ulicy na pobocze przed jadącymi samochodami - mówi wójt Jaworza.
Za: Kronika Beskidzka, Tekst: SŁAWOMIR HOROWSKI |
|
| « powrót |
|
| Sama wyegzekwowała alimenty |
Nawet 12 lat więzienia może grozić 27-letniej kobiecie z powiatu kaliskiego (Wielkopolskie), która postanowiła sama rozliczyć rzekome zaległości alimentacyjne z ojcem swojego dziecka. Akt oskarżenia w tej sprawie jest już w sądzie.
- Kobieta podstępnie namówiła swojego byłego konkubenta na wyjazd samochodem do lasu. Po przyjeździe na miejsce czekało na nich trzech zamaskowanych mężczyzn. Napadli na kierowcę i dotkliwie go pobili oraz okradli - poinformował rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Kaliszu, Janusz Walczak.
Podejrzani, w wieku od 23 do 32 lat, zmusili swoją ofiarę do telefonicznego zlecenia swoim krewnym wydania kobiecie 1800 złotych, zabrali telefon komórkowy i dokumenty oraz samochód. Na końcu skrępowali mężczyźnie ręce, założyli mu worek foliowy na głowę i wozili go przez dwie godziny w bagażniku auta. W tym czasie oskarżona odebrała pieniądze od rodziny byłego konkubenta.
Mężczyźni zostali wkrótce aresztowani, kobieta przebywa pod dozorem policji. Ich czyn zakwalifikowano jako rozbój.
(PAP), www.interia.pl |
|
| « powrót |
|
| Biustonosze ze... "skarbówki" |
Ekskluzywne koronkowe figi i staniki po atrakcyjnych cenach będą mogły nabyć w najbliższych dniach mieszkanki Tarnobrzega. Nie będzie to jednak żadna promocja salonu bieliźniarskiego, tylko... jedna z licytacji zorganizowanych przez tutejszy Urząd Skarbowy - zapowiadają "Super Nowości".Na aukcje organizowane przez Urząd Skarbowy trafiają towary zajęte na poczet długów przez komorników skarbowych. Ci ostatni mogą zabrać dłużnikom praktycznie wszystko. Jak jednak zapewnia szefostwo tarnobrzeskiego Urzędu Skarbowego, komornicy działający na zlecenie US, bądź innych instytucji (najczęściej Zakładu Ubezpieczeń Społecznych) nie zajmują przedmiotów niezbędnych do życia, a także narzędzi pracy dłużników.
Na aukcje najczęściej trafia sprzęt RTV. Można go często kupić po bardzo okazyjnych cenach. Licytowane są również samochody. Coraz częściej jednak przedmiotem aukcji stają się towary ze zbankrutowanych sklepów i hurtowni. "Skarbówka" sprzedawała już pościel, naczynia, firanki, obuwie, teraz zlicytowana będzie bielizna zabezpieczona u właścicielki sklepu z konfekcją damską. Do Urzędów Skarbowych trafiają też towary przemycone do kraju, oraz podróbki markowych towarów. One jednak nie są licytowane. Fałszywa odzież znanych firm, zegarki, programy komputerowe i płyty CD oraz inne podróbki są komisyjnie niszczone. Podobne zasady stosuje się w przypadku skonfiskowanej broni. Pochodzący z przemytu alkohol trafia do zakładów spirytusowych, gdzie jest przerabiany. Jeszcze inny los spotyka wyroby tytoniowe bez polskich znaków akcyzy. Są one sprzedawane specjalistycznym firmom, które zajmują się reeksportem i wywożą "trefny" w Polsce towar z powrotem do kraju jego pochodzenia. Za PAP, ( www.interia.pl) |
|
| « powrót |
|
|
|
| |
|
| |
|
| |
|
| |
|
|
|
|
| |
|
|
|
| |
|
| |
|
| |
|
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| Partnerzy gmina.pl |
|
|
|
Grupa Sygnity:
Elektroniczne Obiegi Dokumentow
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|